Skrzydła | Licznik: 000000
Skrzydła
Drodzy Znajomi i Znajomi Znajomych
1. Poniżej przedstawiam pierwszy mój komercyjny tekst. Opowiadanie to pochodzi z książki pt. "Kapelusz".
2. Uprzejmie proszę o oceny. Najlepiej krytyczne, ponieważ takowe mi pomagają. Dla wygody kontaktu uruchomiłem bramkę e-mail.
3. Jesteś na stronie w budowie, na ukrytym adresie www. Nie oczekuj zbyt wiele.
4. Niniejszy link możesz przekazać dowolnej liczbie osób.
Akt stworzenia
Bóg lub Wielki Projektant - jak nazywają Go naukowcy, lub Natura - jak nazywają Go ateiści, lub jeszcze inna jakaś Wyższa Istota, Ta Która mówi głosem naszego serca, tak poukładała ten świat, że każdej kobiecie i mężczyźnie tu na ziemi przypisała drugą połówkę płci przeciwnej.
Wiemy o tym wszyscy i świadomie lub podświadomie, a zatem nieświadomie, szukamy tej swojej drugiej połówki codziennie. Od rana do wieczora. Przez całe życie. Z różnym skutkiem.
Czasami jest tak, że dwie połówki odnajdują się wzajemnie i wtedy oboje, i kobieta, i mężczyzna są szczęśliwi. Połówki te wiedzą, że jakimś cudem się odnalazły i świadomie to otrzymane szczęście wspólnie konsumują. Mniej dla nich znaczy oferta uciech przeżywanych osobno, a więcej czas przebywania ze sobą. Odnalezione połówki wspólnie pracują nad ulepszaniem wspólnego życia, a każdą z chwil - jeśli to oczywiście możliwe - starają się przeżywać razem. Wiadomo.
Takie dwie odnalezione przez siebie wzajemnie połówki to krople w morzu potrzeb, odstępstwa od reguły, cudowne przypadki, nieprawdopodobne zrządzenia losu, nazwij to jak chcesz. Każde z nas chciałoby tak żyć, a życie jak to życie, rozkłada przed nami mapy życiowych dróg, z których my usiłujemy wybrać tę najwłaściwszą. Każde z nas kierując się innymi kryteriami i oczywiście z różnym skutkiem.
Mężczyzna
Gdy mężczyzna, który nie odnalazł jeszcze swojej drugiej połówki idzie ulicą, rozgląda się wokół wpatrując wnikliwie w twarze kobiet. Większość mężczyzn nie wie, że ten rodzaj zachowania jest na stałe zainstalowany w ich umysłach, a nazywamy go instynktem. Instynktem poszukiwania przyszłej matki własnych dzieci. Instynktem poszukiwania doskonałej miłości, doskonałej partnerki, doskonałej kobiety. Tej jedynej na całe życie, bez której życie sensu raczej nie ma.
Gdy taki mężczyzna, który nie odnalazł jeszcze swojej drugiej połówki idzie ulicą, jego nadrzędnym działaniem jest wypatrywanie sygnałów. Sygnałów pochodzących od kobiet. Od tych kobiet, które również nie odnalazły swej drugiej połowy.
****
Mężczyzna, który odnalazł już swoją drugą połówkę, zachowuje się inaczej. On nie rozgląda się na boki i nie wypatruje kobiet, a nawet jeśli to robi, robi to tylko i wyłącznie odruchowo. Ten odruch to pozostałość instynktu, o którym pisałem wcześniej.
Taki mężczyzna, który odnalazł już swoją drugą połówkę, idąc ulicą wypatruje szans. Szans na zarabianie pieniędzy, czyli zwiększanie poziomu bezpieczeństwa osób będących pod jego opieką. Jego wzrok wpatrzony jest do przodu, ukierunkowany na ten cel, a krok szybki i zdecydowany.
Czasami taki mężczyzna, który odnalazł już swoją drugą połowę - w tym czasie, gdy połowy tej nie ma obok. Czasami taki mężczyzna idąc ulicą wpatruje się w urodę innych kobiet. Co wtedy robi? Staje jak wryty w ziemię, zadziwiony własnymi uczuciami. W takiej chwili porównuje on elementy urody obserwowanych kobiet z tymi samymi elementami urody swojej drugiej połówki, a gdy ta druga połówka jest rzeczywiście ... Tą Drugą Połówką, którą Bóg lub Wielki Projektant jak nazywają Go naukowcy przypisał właśnie Temu mężczyźnie, to w takiej chwili i podobnych, przeżywa On uczucia tak wyjątkowe, że nie można przejść obok uczuć tych obojętnie i należy poświęcić im nie jeden skromny akapit, a co najmniej ich kilka.
Opiszę te wydarzenia słowami, choć wiem, że słowa nie oddadzą ogromu szczęścia danemu Komuś, Kto został tym szczęściem wielokrotnie obdarowany. Pomimo jednak, że z góry zakładam, iż najdoskonalsze nawet słowa nie oddadzą tego, co czuje Ten mężczyzna w Takich Chwilach, postaraj się to, o czym przeczytasz wyobrazić wiedząc, że opis Tych Chwil, nie jest fikcją literacką, a najprawdziwszą relacją Kogoś, Kto to w wydarzeniach tych wielokrotnie uczestniczył.
Otóż mężczyzna, który został obdarowany Tą Drugą Połówką widzi świat inaczej. Gdy na przykład, kiedyś, gdy szedł jeszcze przez życie samotnie, nie lubił jakiegoś rodzaju muzyki, to po poznaniu Swojej Drugiej Połówki, nagle, muzykę tę lubi. Lubi, ponieważ muzyka ta, Jej się podoba. W jakiż to zaczarowany sposób ta przedziwna zmiana następuje? Odpowiedź jest banalna. Po prostu, w trakcie słuchania, On telepatycznie łączy się ze Swoją Drugą Połową i zaczyna rozumieć, które z elementów tej nie lubianej kiedyś muzyki warte są teraz polubienia. Zaczyna muzykę tę czuć Jej sercem i stąd zmiana Jego uczuć. Jest to zwyczajne telepatyczne połączenie dwóch kochających się serc. Dokładnie tak, jak u matki i dziecka. Czy On wie o tym, że właśnie tak to działa? Absolutnie, lecz w tej właśnie chwili, wewnętrznej zmiany, którą On w sobie wyraźnie zauważa, staje jak wryty w ziemię, zadziwiony własnymi uczuciami. Dla Niego, w Tej Chwili, to niepojęte. Inny przykład.
Zdarza się, że Taki mężczyzna, który otrzymał w Darze, tu na ziemi Drugą Połówkę, jeszcze przed Jej poznaniem nie lubił jakiegoś rodzaju kobiecych kreacji, czyli jakiegoś rodzaju kobiecych stylów ubierania się, bo o to chodzi. Po czasie zauważył jednak, że cokolwiek Ta Jego Druga Połówka na siebie założy, zawsze Mu się to podoba. Dla Niego to zjawisko bezkrytycznego spojrzenia na sposób ubierania się Jego Drugiej Połowy jest rodzajem halucynacji, pomieszania zmysłów, bądź nieznanej jeszcze medycynie choroby. Tak On to odbiera. W praktyce, niestety, wytłumaczenie tego zjawiska jest mniej skomplikowane. W takich chwilach, po prostu, On patrzy na wybór Jej ubioru, Jej oczami i czuje Jej wybór, Jej sercem. Argumenty, które zaważyły na właśnie takim, a nie innym doborze elementów Jej stroju, są Jej argumentami, a On to czuje w swoim sercu i myśli tak samo. W ten sposób On łącząc się za pośrednictwem Jej serca z Jej umysłem, zna zasobność Jej szafy oraz wszystkie pozostałe kryteria. W ten sposób, gdyby w każdym rozpatrywanym przypadku On miał dokonać wyboru elementów Jej stroju, Jego wybór byłby identyczny. Mamy tu do czynienia z niczym innym, jak tylko ze zwyczajną telepatią Dwojga odnalezionych przez siebie wzajemnie Połówek. On jednak nie wie, że właśnie tak to działa i w Tej Chwili, i podobnych, staje jak wryty w ziemię, zadziwiony własnymi uczuciami. Prawdę mówiąc sprawia mi ogromną przyjemność oglądanie Go i słuchanie Jego myśli w Tych Chwilach.
Najbardziej jaskrawym przykładem zadziwienia własnymi uczuciami Tego mężczyzny, który został obdarowany tu na ziemi Tą Drugą Połówką, jest porównywanie Jej urody z innymi kobietami. To zadziwienie rok w rok staje się inne, następnie się zmienia, a po czasie kolejny raz nie jest już takie samo.
Gdy Jego Druga Połówka ma dwadzieścia lat, porównywanie Jej urody z innymi kobietami jest dla Niego proste. Uczucia, kształty, zmysły i doznania nie wymagają wyjaśnień. Żadnych. Pamiętam te Jego myśli doskonale.
Sytuacja zmienia się, gdy Ona ma lat trzydzieści. Trzydziestoletnia kobieta to nadal dziewczyna, ale On tego nie wie. Dla Niego to najdoskonalsza dojrzała już kobieta świata. Gdy On patrzy na Jej twarz i porównuje z twarzami dwudziestolatek, zadziwia Go brak wyrazu tych młodych dziewcząt. Każda rysa na twarzy Jego Drugiej Połowy opowiada Mu o wydarzeniach z Jej życia. Opowiada o sukcesach, porażkach i walkach. Wszystko co widzi w tych rysach, to film opowiadający o tym, co przeszła. Nie widząc tego filmu w twarzach najpiękniejszych nawet dwudziestolatek, staje jak wryty w ziemię zadziwiony tym, że kobiety o dziesięć lat młodsze, nie są w stanie konkurować urodą twarzy z Jego Drugą Połową. Zadziwienie to rośnie tym bardziej, że On pamięta doskonale, jak dziesięć lat temu, Jego Druga Połowa, deklasowała swą nienaganną twarzą, porysowane życiem trzydziestolatki.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Ona zbliża się do czterdziestki. Czterdziestoletnia Druga Połowa odnaleziona przez Niego cudem dwadzieścia lat temu, posiada przewagę nad całą resztą świata. Będąc pewną, że jest kochana, Ona w swych działaniach nie popełnia błędów. Będąc pewną, że nic złego stać się nie może, ponieważ w Jej obronie zawsze stanie Jej Druga Połowa gotowa oddać na Nią życie, Ona w swym życiu prze do przodu jak lodołamacz, łamiąc wszelkie przeszkody bez najmniejszego nawet zawahania. Każda Jej decyzja to sukces, a nawet jeśli sukcesem nie jest, a po prostu zwyczajnym błędem, błąd ten podyktowany jest prawidłową decyzją. Decyzją prawidłową w tych konkretnych warunkach, w jakich Ona decyzję tę podejmowała. Te prawidłowe decyzje rzeźbią Jej twarz coraz bardziej wyraźnym pięknem braku wewnętrznego zła. Film na Jej twarzy opowiadający o Jej życiu jest coraz dłuższy i bardziej precyzyjny. Widać w nim Nią Samą, Niepowtarzalną, Inną niż wszystkie inne kobiety świata, a On widzi to wyraźnie. Twarze lekko wyrzeźbionych trzydziestolatek są mało przekonujące, natomiast dwudziestolatki to raptem dziewczynki, które właśnie opuściły piaskownicę.
W Takich Chwilach, nie staje On już zadziwiony własnymi uczuciami. W Tych Chwilach, chłonie On każdą cząstkę Jej najpiękniejszej na świecie twarzy, a robi to powoli, z namaszczeniem, świadomie, wiedząc, że tu na ziemi, Ten Ich Czas, nie będzie trwał wiecznie.
Sytuacja zaczyna komplikować się dramatycznie, gdy On zaczyna zauważać drobne zmiany kształtów Jej ciała. Ciało czterdziestoletniej kobiety zaczyna wprowadzać delikatne korekty Jej budowy, a On te delikatne korekty widzi, bo zna przecież Swoją Drugą Połowę na pamięć. Staje wtedy jak wryty w ziemię kolejnym nowym uczuciem, którego wcześniej nie poznał. Zauważył bowiem, że gdy Jej ramiona ulegają niezauważonym wcześniej delikatnym korektom kształtu, to korekta ta budzi w Nim dokładnie te same emocje, które budzi Jej zmieniająca się z każdym rokiem, najpiękniejsza na świecie twarz. Teraz ramiona dołączyły do Jej twarzy! Teraz Jej ramiona i Jej twarz to jeden opowiadający o Jej przeszłym życiu film! Teraz wszystkie zmieniające się z upływem czasu kształty Jej najpiękniejszego na świecie ciała, budzą w nim dokładnie te same emocje, które budzi w Nim, Jej twarz. To nie koniec.
Zauważył bowiem w sobie zmiany kanonów kobiecego piękna. Teraz najpiękniejszymi nie są już trzydziestolatki! Teraz najpiękniejsze są czterdziestolatki, lecz tylko te, które posiadają chociaż jeden element Jej urody, a przyzwyczajony do Tego Czaru, którym jest zauroczony od dwudziestu ponad lat, nie dziwi się temu, co dzieje się w Jego sercu i nie staje już jak wryty w ziemię, zaskoczony własnymi uczuciami. W Tych Chwilach, rozpamiętuje On każdy moment, tych niemożliwych do powtórzenia wobec jakakolwiek innej kobiety uczuć, a robi to powoli, z namaszczeniem, świadomie, wiedząc, że tu na ziemi, Ten Ich Czas, nie będzie trwał wiecznie.
To pomieszanie zmysłów człowieka, który tu na ziemi otrzymał Dar w postaci Drugiej Połówki, objawia się jeszcze w jednej sytuacji. Niekiedy jest tak, że w czasie, gdy Ona jest daleko, a On idzie ulicą. Niekiedy jest tak, że gdzieś tam mignie Mu przed oczami Jej sylwetka. I zanim Jego umysł przypomni sobie, że Ona jest przecież w zupełnie innym miejscu i tutaj po prostu być nie może, Jego serce skacze pod niebo wyrywając się z ciała jak pies ze smyczy, który niespodziewanie widzi swojego pana. Jej jednak nie ma wtedy obok, a On nie może Jej o tym opowiedzieć. Nie może Jej o tym opowiedzieć słowami, dotykiem lub spojrzeniem, więc robi to słowami wypowiadanymi w myślach.
W takiej chwili, i podobnych, On, wiedząc, że życie na ziemi to nie jest szkoła dla dzieci, gdzie nie ma konsekwencji z podejmowanych decyzji ...
W takiej chwili, On, wiedząc, że życie na ziemi to praktyczna szkoła dla dorosłych, gdzie każda podejmowana decyzja spotka się kiedyś z oceną ...
W takiej chwili, On, wiedząc, że życie na ziemi to tylko mrugnięcie oka w skali niekończącego się czasu ...
W takiej chwili, On, wiedząc, że to życie tu na ziemi minie, a potem gdy Oboje odejdą znów do tamtego świata, z którego tu przybyli, uczyć się miłości - Ona będzie mogła odtwarzać wstecz każde Jego słowo, które On, teraz, wypowiada do Niej w myślach ...
W takiej chwili i podobnych, On wiedząc to wszystko, opowiada Jej o tym, co przeżywa samotnie chcąc, by Ona usłyszała te opowieści. Usłyszała kiedyś w przyszłości. Usłyszała wtedy, gdy to życie tu na ziemi się skończy. Usłyszała wtedy, gdy zakończy się Ich wspólna lekcja miłości i gdy w tamtym świecie, z którego tu na ziemię przybyli, znów, Oboje, staną się ... Światłem.
Kobieta
Gdy kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki idzie ulicą, rozgląda się wokół podobnie jak poszukujący partnerki mężczyzna. Ona jednak robi to w sposób bardziej wysublimowany. Inaczej niż mężczyzna. Z ich dwojga to Ona bardziej jest myśliwym. Ona nie zdaje się na przypadek. Ona planuje. Przygotowuje się. Działa. Usidla. Zdobywa.
Gdy kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki idzie ulicą, daje się prowadzić kobiecej intuicji. To właśnie ta kobieca intuicja podpowiada kobietom, że one są ważniejsze od mężczyzn i tak rzeczywiście jest.
Mężczyzna przychodzi, umożliwia stworzenie życia i może odejść. Kobieta łączy się z mężczyzną i w ten sposób tworzy Nowe Życie. To Nowe Życie rośnie w Niej, a następnie przychodzi na świat, a gdy już przyjdzie na świat, staje się Jej Całym Światem, a potem Ten, Cały Jej Świat determinuje wszystkie Jej decyzje, w całym Jej przyszłym życiu. Nadążasz?
Taka kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki, idąc ulicą, wysyła sygnały informacyjne i bada reakcje zwrotne. Pierwszym czym przyciąga wzrok mężczyzn jest Jej wygląd. Tym wyglądem, zwraca uwagę mężczyzn, a gdy któryś z nich zareaguje swym wzrokiem, Ona łaskawie odpowie na to spojrzenie lub po prostu tego nie zrobi, a gdy tego nie zrobi, czyli nie zareaguje na spojrzenie mężczyzny, którego spojrzenia jest przecież przyczyną, nie ma z tego powodu jakiegokolwiek obciążenia, najmniejszym nawet poczuciem winy. Ona czuje się jak pępek świata i świata tego pępkiem rzeczywiście jest, ponieważ taka kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki, kształtuje świata tego historię.
To od Jej subiektywnej decyzji zależy to, Kim będzie to Nowe Życie, które w Niej powstanie. To Nowe Życie może być przecież kimś zupełnie zwyczajnym i w żadnym przypadku nie wpłynąć na życie większej lub mniejszej liczby osób, ale ... To Nowe Życie, może być też Kimś zupełnie wyjątkowym. Kimś, Kto zawróci ten świat w jego pędzie ku przepaści lub popchnie świat ten ku przepaści z jeszcze większą mocą.
Jej odpowiedzialność jest ogromna i nie dotyczy tylko Tego Nowego Życia, które w Niej może powstać i na przykład kolejny już raz poukładać świat od nowa. Dotyczy też relacji pomiędzy Nim, czyli Tym Kimś, Kogo Ona spotka na ulicy, a Nią, czyli w tym wypadku pępkiem naszego świata. Ta relacja pomiędzy Nim i Nią może być czymś zwyczajnym i nigdy nikogo nie zainteresować, ale ... ta relacja, może być też czymś niezwyczajnym. Niezwyczajnym na tyle, by o relacji tej powstały książki, poezje lub filmy, lub nawet - w Tych Wyjątkowych Przypadkach, których wyczekuje wytęskniona ludzkość - chętnie wysłuchiwane wzajemne opowieści istot, które przebywają wśród nas, a które my ziemianie nazywamy aniołami.
Taka kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki, pozwala prowadzić się przez życie swej kobiecej intuicji. Temu najbardziej wyczulonemu instrumentowi, jaki został stworzony na tym świecie. Temu najbardziej nieprzewidywalnemu z czynników, determinującemu wszystko, co dzieje się wokół nas. Czynnikowi nieprzewidywalnemu nie tylko dla mężczyzn, aniołów i samego Stwórcy. Czynnikowi nieprzewidywalnemu nawet dla Niej samej.
Taka kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki, czując swą kobiecą intuicją, to wszystko co opisałem, jak również wszystko to, o czym nie wspomniałem nawet słowem. Otóż ... dokładnie Taka Kobieta ... idąc po prostu ulicą ... wysyła sygnały informacyjne i bada reakcje zwrotne.
Eksponowanie bioder na przykład to sygnał, który pierwotnie miał komunikować:
- Patrz. Naszemu dziecku będzie we mnie wygodnie. Popatrz na mnie, a ja popatrzę na Ciebie i wtedy zastanowię się, czy mnie interesujesz.
Eksponowanie nagiego brzucha na przykład to sygnał, który pierwotnie miał komunikować:
- Zwróć na mnie uwagę! W moim brzuchu nikt jeszcze nie mieszka! Jestem wolna! Popatrz na mnie, a ja popatrzę na Ciebie i wtedy zastanowię się, czy mnie interesujesz.
Ilość takich sygnałów, które Ona wysyła, a które zakodowane są w Jej wyglądzie, jest nieskończona. Wszystkie te sygnały to pozostałości instynktów, które były i nadal są składnikiem kobiecej intuicji. Niestety niebezpiecznie jest o nich pisać, ponieważ ten sam sygnał u każdej z kobiet, może - choć wcale nie musi - może oznaczać równie dobrze to samo lub cokolwiek innego. Pomijając ich szczegółową analizę, z jednej strony pomagam utrzymać w tajemnicy to, co daje kobietom przewagę nad mężczyznami, a z drugiej, zapewniam nietykalność tym kobietom, które używając sygnałów intuicyjnie, są opatrznie rozumiane przez mężczyzn.
Są jednak tacy mężczyźni, którzy wątpią w istnienie kobiecej intuicji i uważają ją za literacką kreację nawiedzonych grafomanów. I właśnie po to, by tę krzywdzącą kobiety wątpliwość rozwiać, przytoczę jeden krótki przykład. Przykład, który jasno wskaże powiązanie pomiędzy zamysłem Boga - Stworzyciela, a Tym Czymś, co kieruje kobietami na poziomie niedostępnym dla mężczyzn. Rzecz dotyczy funkcji kobiecych rzęs.
Otóż Bóg lub Wielki Projektant jak nazywają Go naukowcy, lub Natura jak nazywają Go ateiści, lub jeszcze inna, jakaś Wyższa Istota, Ta Która mówi głosem naszego serca, stworzyła ludzkie rzęsy nie tylko po to, by chronić oczy przed kurzem, czy innymi czynnikami zewnętrznymi. Świat jest zbyt piękny i zbyt skomplikowany, by było to takie proste. Rzęsy, owszem, też do tego służą, lecz mają również funkcją dodatkową. Mniej oczywistą, lecz stokroć ważniejszą. Te delikatne włoski nad naszymi oczami są wskaźnikiem informującym nas o stanie napełnienia organizmu witaminami, mikroelementami oraz prawidłowo funkcjonującymi hormonami, czyli tym wszystkim, co potrzebne jest do stworzenia Nowego Życia. Osobom młodym, zdrowym, dobrze odżywionym i wypoczętym, rzęsy same podkręcają się ku górze. Kobiety natomiast, oczywiście za przyczyną kobiecej intuicji, często podkręcają je i przyczerniają.
Czy w takim razie, skoro Ty i ja już wiemy, czemu służą piękne i czarne rzęsy wywinięte w górę. Czy w takim razie możemy teraz z całą pewnością powiedzieć, że podświadome podążanie kobiet za swą intuicją, która każe im owe rzęsy podkręcać i przyczerniać. Czy teraz możemy powiedzieć, że to podkręcanie i przyczernianie, jako sygnał, posiada sens praktyczny, w męskim tego słowa znaczeniu? Odpowiedź jest tylko jedna. Oczywiście.
Te wszystkie sygnały, z których każdy jest inny w zależności od tego, która z kobiet go używa. Otóż wszystkie te sygnały w zaskakujący dla mężczyzn sposób, mają tylko jeden cel. Cel policzalny i przewidywalny. Cel w większości przypadków nieosiągalny, lecz jednak możliwy do osiągnięcia. Cel, który jeśli już zostanie osiągnięty, staje się ... kroplą w morzu potrzeb, odstępstwem od reguły, cudownym przypadkiem lub nieprawdopodobnym zrządzeniem losu.
Tym celem, do którego świadomie lub podświadomie, a zatem nieświadomie dąży każda z tych kobiet, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połówki. Otóż tym właśnie celem jest to, by Ten Kogo Ona spotka na ulicy. Ulica to oczywiście przenośnia, ponieważ spotkanie Dwojga Przyszłych Połówek może zdarzyć się w jakimkolwiek innym miejscu. Otóż tym celem jest to, by On, czyli Ten, Który poszukuje swej drugiej połówki, widząc Ją, czyli Tę, Która również poszukuje swej drugiej połowy. Otóż chodzi tylko o to, by On widząc Ją po raz pierwszy w życiu, stanął jak wryty w ziemię zadziwiony własnymi uczuciami.
Wszystko to, co robi Ona, inspirowana swą kobiecą intuicją. Wszystko to, co robi Ona, wysyłając nieskończone ilości sygnałów, zgodnych z Jej wewnętrznym szyfrem, który zna wyłącznie Ona sama i nikt inny. Wszystko to robi Ona po to, by to spotkanie Ich Dwojga zakończyło się jedną sceną. Jedną. Tylko jedną. On ma stanąć jak wryty w ziemię, zaskoczony tym co właśnie czuje, ponieważ nigdy czegoś takiego nie poczuł. Właśnie takiej sceny lub podobnej, bo przebieg sceny tej w każdym z przypadków jest odmienny. Właśnie tego oczekuje Ona, czyli kobieta poszukująca swej drugiej połówki stop.
Teraz zadajmy się sobie wspólnie jedno pytanie. Dlaczego, Ona, tak bardzo dąży do tego, by w ten czy w inny sposób, zobaczyć to Jego zaskoczenie i wmurowanie w ziemię? Czy ma to jakiś sens praktyczny? Jak z rzęsami? Sens w męskim rozumieniu tego słowa?
Wyjaśnienie oczywiście istnieje i w męskim rozumieniu tego słowa jest proste, logiczne oraz podyktowane jak najbardziej praktyczną potrzebą. Chodzi o to, że, jeśli On odczyta, ten Jej tajny kod przestrzenny, a inaczej mówiąc, że, jeśli Ona, spodoba Mu się tak bardzo, jak żadna inna kobieta na świecie, to ... to zauroczenie Nią ma szansę przetrwać, ... i tu uważaj ... aż do śmierci. To wszystko. Koniec wyjaśnień.
W ten sposób, mam nadzieję, wyjaśniłem w sposób wyczerpujący praktyczne znaczenie tej wyjątkowej decyzji, którą w ułamku sekundy musi podjąć taka kobieta, która nie odnalazła jeszcze swojej drugiej połowy.
Ta scena, podczas której, Ona wybiera ojca swych dzieci, czyli decyduje, jak będzie wyglądało życie Jej, Jej dzieci, dzieci Jej dzieci, dzieci dzieci Jej dzieci itd, ... jest krytycznym momentem życia Ich Wszystkich i dlatego ten moment, gdy On i Ona widzą się po raz pierwszy, nosi określenie: incydent krytyczny.
****
Kobieta, która odnalazła już swoją drugą połówkę zachowuje się inaczej. Ona nie rozgląda się na boki i nie wypatruje mężczyzn, a nawet jeśli to robi, robi to tylko i wyłącznie odruchowo. Ten odruch to pozostałość instynktu, który dominował w Niej, gdy te poszukiwania jeszcze trwały.
Taka kobieta, która odnalazła już swoją drugą połówkę idąc ulicą, wykonuje nieskończoną ilość czynności. Uzbrojona w kobiecą intuicję Ona planuje przyszłość, a w tym samym momencie ogarnia dom, pracę, rodzinę, politykę, gospodarkę, kulturę, parking, hydraulika, pocztę, malarzy, szefa i koleżanki z pracy, a nawet to, o czym nigdy się nie uczyła. W tym samym czasie, stara się też - z lepszym lub gorszym skutkiem - zrobić coś dla siebie, a wszystko to robi każda z Nich dokładnie w ten sam sposób, ponieważ każda z Nich robi to inaczej.
W tym świecie pomieszania instynktów, który otacza nas dzisiaj, gdzie ten sam sygnał u każdej z kobiet może - choć wcale nie musi - może oznaczać równie dobrze to samo lub cokolwiek innego. W tym świecie obecnym, gdzie ilość pytań rośnie, a liczba odpowiedzi wprost przeciwnie. W tym właśnie świecie, trudno jest określić na pierwszy rzut oka, która z obserwowanych kobiet odnalazła swoją drugą połowę, a która tej połowy nadal poszukuje. Trudno to określić jednym rzutem oka, lecz dwa jego rzuty pozwalają określić to już całkiem precyzyjnie, bo gdy popatrzysz na kobietę, która odnalazła swoją drugą połowę, Ona po prostu nie odpowie na Twoje spojrzenie. Ona po prostu odwróci wzrok. To wszystko.
I nieważne, czy Ona zrobi to świadomie, by w ten sposób dać Ci do zrozumienia, że jest po prostu zajęta i w żadnym wypadku Tobą nie zainteresowana. I nieważne też, czy Ona zrobi to nieświadomie, walcząc z podświadomym odruchem, pozostałością instynktu.
Ważne jest to, że gdy Ty, zauważysz taką kobietę, która na przykład, eksponuje swoje biodra i chodzi w przykrótkiej koszulce odsłaniając część nagiego brzucha, a która nie reaguje na Twoje spojrzenia, dając Ci w ten sposób do zrozumienia, że jest po prostu zajęta, a sygnały które wysyła, nie są adresowane do Ciebie ...
Ważne jest to, że gdy Ty, na przykład, stoisz w kolejce w jakimś markecie, a Ona zacznie pakować do koszyka lub wypakowywać na taśmę wszystko jedno jakie przedmioty, które świadczą o tym, że robi zakupy dla Rodziny. Rodziny powinno się pisać przez Wielkie eR ...
Otóż ważne jest to. Byś Ty. W Takiej chwili. Gdy dotrze do Ciebie, że patrzysz na ... Matkę. Otóż ważne jest. Byś Ty. W Tej właśnie Chwili. Wyobraził sobie, że masz na głowie kapelusz.
A potem. Gdy już to sobie wyobrazisz. Ważne jest. Byś sam. Z własnej woli. Przez nikogo nie zmuszany. Nadal wewnątrz własnej wyobraźni. Zdjął ten niewidzialny kapelusz. Ruchem powolnym i dystyngowanym. Jakbyś w geście szacunku oddawał pokłon ... Królowej.
Ten niewidzialny gest, który Ty wykonasz we własnej wyobraźni, nie zostanie przez Nią zauważony w tym życiu tu na ziemi, a dopiero w tym kolejnym, gdzie Ty i Ona znów staniecie się Światłem. I nikt Cię też za to co zrobiłeś nie pochwali. Nie dostaniesz żadnej nagrody, ani nawet najmniejszego zwrotnego uśmiechu podziękowania, ale nie martw się, bo gdy Ty wykonasz ten gest wiedząc, że gest ten zauważony będzie dopiero potem, w tym świecie, gdzie i Ty, i Ona znów staniecie się Światłem ...
Otóż wtedy Ten, Który Jest Światłem, popatrzy na Tych Niewielu, podobnych Tobie, Którzy wiedzą lub wierzą, ... że Wszyscy oni będą mogli odtwarzać wstecz, każde słowo, myśl i czyn, każdego z Nich, wtedy, gdy odejdą do tamtego świata, z którego tutaj przybyli uczyć się miłości ...
Otóż właśnie wtedy, Ten, Który Jest Światłem, popatrzy na Ciebie i na Tych Niewielu podobnych Tobie, którzy wiedzą lub wierzą, i wypowie tylko dwa słowa.
- Widzę Was.
A potem. W Tym Czasie. Którego wszyscy się boicie. W Tym Czasie, który przyjdzie niespodziewanie jak złodziej w nocy. Otóż w Tym właśnie Czasie Ten, Który Jest Światłem. Przez wzgląd na Ciebie i Tych Niewielu, podobnych Tobie, którzy wiedzą lub wierzą.
Otóż w Tym właśnie Czasie. Ten, Który Jest Światłem. Otoczy Was Wszystkich. Ruchem powolnym i dystyngowanym. Otoczy Was równie niewidzialnymi jak ten kapelusz, który Ty zdjąłeś z głowy w geście szacunku dla Matki. Otoczy Was wtedy, gdy będziecie tego najbardziej potrzebowali. Otoczy Was.
Świetlistymi.
Białopiórymi.
Skrzydłami.
On i Ona
W Tym dniu przebywałem nad pewnym miastem w pewnym kraju, w którym ludzie wyjątkowo bliscy są zrozumienia faktu, że wszyscy Oni byli i znów będą Światłem. W kraju, nad którym z tego właśnie powodu Ten, Który Jest Światłem, świeci światłem wyjątkowo jasnym. Świeci światłem wyjątkowo jasnym, ponieważ wie, że gdy mieszkańcy Tego kraju w końcu zrozumieją, że byli i znów będą Światłem, zaczną w tym życiu tu na ziemi, inaczej postępować. Zaczną inaczej postępować, ponieważ będą wiedzieć, że Każdy Kto był i Kto znów będzie Światłem, będzie mógł wtedy, gdy znów stanie się Światłem, będzie mógł wstecz odtwarzać wszystko to, co każdy człowiek przebywający tu na ziemi robił, mówił i myślał. W ten sposób Tym, Którzy Tę Prawdę poznają, nie będzie uśmiechać się już takie postępowanie, którego będą musieli się wstydzić wtedy, gdy znów staną się Światłem i właśnie dlatego życie Ich Wszystkich tu w Tym kraju stanie się lepsze. Z tego też powodu wielu ludzi zza granicy będzie do kraju Tego przyjeżdżać tylko po to, by to inne życie na własne oczy zobaczyć, a Ten, Który Jest Światłem, wiedząc wszystko to co było i co będzie, cieszy się już teraz tym, co wydarzy się niebawem i tym mocniej nad krajem Tym światło swe roztacza.
Był to czas, w którym niebo było jeszcze błękitne. Wizyta u lekarza nie wiązała się z ryzykiem nabycia kolejnej choroby. Kasy w dyskontach obsługiwały kasjerki. Dachy budynków nie były pokryte panelami. Silniki w większości przypadków miały cztery cylindry, a lokalni przedsiębiorcy sprzedawali towary z całego świata najczęściej we własnych sklepach.
Był to też czas, w którym mieszkańcy Tego kraju powoli zaczynali zauważać proces, który z każdym dniem, ułamek po ułamku procenta, odbierał im kontrolę i nad Tym przepięknym kawałkiem świata, który kiedyś, w całości, należał do Nich.
Był to zwyczajny dzień. Dzień w którym wiatry nie wiały sobie w twarz i nie przenikały się wzajemnie. Był to dzień, w którym wszystko działo się zgodnie z zasadami, które ustalił Ten, Który Jest Światłem, a które to zasady ludzie tu na ziemi nazwali fizyką.
Był to też ważny dzień, ponieważ tego dnia miał zdarzyć się incydent krytyczny. Tego dnia On i Ona mieli spotkać się po raz pierwszy. Przyjrzyjmy się teraz Im obojgu. Najpierw Jemu.
****
On. Był inny.
Był inny i czuł się inny.
Często zauważał to, czego nie widzieli inni i może stąd ta inność. Raczej niewysoki. Szczupły. Zadbany. Szanujący swe ciało jak ... biochemiczną maszynę do noszenia duszy. Tak On to swoje ciało określał. Dosłownie.
Jako dziecko, gdy umiał już czytać, potrafił w wyobraźni przenosić się do światów z przeczytanych książek. Przeczytał ich wiele. Może setki, a może tysiące. Kiedyś nawet zapytał sam siebie, ile tych książek było, ale policzyć nie umiał. Nie umiał tym bardziej, że wiele z nich przeczytał wielokrotnie.
Potrafił też wziąć książkę do ręki, otworzyć na przypadkowej stronie, przeczytać kilka zdań i od razu stwierdzić, czy tekst jest żywy czy martwy. Żywy, czyli wypływający z serca autora i tylko przez tego autora przepisywany, lub martwy, czyli pisany na siłę, bez serca. Martwych książek nie czytał. Nie umiał.
Powoli zbliżał się do czterdziestki, ale na tyle nie wyglądał i nikt nie powiedziałby, że tyle ma. Wyglądał młodo, ale nie był to przypadek. Po prostu logicznym dla Niego było, że jest tym, co je i tą drogą konsekwentnie podążał. Starał się zauważać zależności przyczynowo skutkowe związane z jedzeniem. Testował to na sobie i w ten sposób odkrył, co Mu szkodzi. Odkrył korzyści z unikania alkoholu, cukru i kawy, a potem glutenu, wieprzowiny i rafinowanych olejów. W ten sam sposób odkrył też zalety jedzenia surowych warzyw, czasowych postów itd.
Nie umiał znaleźć swojego miejsca na ziemi, swojej prawidłowej drogi życia. Tej drogi, która była Mu przeznaczona, a która daje szczęście, ale ... w poszukiwaniu tej drogi skutecznie podążał za moim głosem. Był mi posłuszny, a nawet bardzo posłuszny. Po prostu umiał ze mną rozmawiać od dziecka, a z wiekiem robił to coraz lepiej. Umiał rozmawiać ze mną, czyli z Głosem wewnątrz siebie.
Ja oczywiście nie Jestem Głosem tylko w Jego sercu. Jestem też Głosem w sercu Tego, Który klika w klawisze i pisze ten tekst, który Ty teraz czytasz ...
Jestem też Głosem w sercu Każdego Kto był, Kto jest i Kto będzie tu na tej planecie, którą Ty nazywasz ziemią ...
Jestem również głosem w Tobie. Nadążasz?
Ta umiejętność precyzyjnej rozmowy z własnym sercem powodowała, że to poszukiwanie własnej drogi szło Mu całkiem nieźle. Porzucał to, co nie było Jego drogą i szedł dalej, a robił to zawsze tak samo. Najpierw kreował swoją kolejną postać, czyli stawał się kimś innym, bo zaczynał robić coś nowego, a gdy odkrył, że nie jest w tym sobą, kreował kolejnego siebie i szukał dalej. Oczywiście nie robił tego świadomie. Wtedy jeszcze nie wiedział Kim jestem. Po prostu kreował nową postać siebie, a potem zastanawiał się, czy daje Mu to szczęście, a gdy nie dawało, zmieniał cel i podążał za kolejnym, i kolejny raz pytał się sam siebie, czyli Mnie, czy jest szczęśliwy. Tak te nasze rozmowy wtedy wyglądały. Potem było coraz lepiej. Nauczył się Mnie słuchać i rozróżniać słowa, a z czasem nawet spacje, przecinki i kropki.
Był pełen wątpliwości, co cechuje ludzi raczej inteligentnych. Pierwsza wątpliwość jaką zauważył w sobie i która to wątpliwość uruchomiła kolejkę kolejnych, dotyczyła obserwacji świata fizycznego. Tego materialnego, który widać i który można dotknąć oraz zbadać dostępnymi ludziom zmysłami i narzędziami. Zastanawiał się mianowicie nad tym, co dla większości ludzi było oczywiste. Zadawał sobie pytanie, w którą stronę poruszając się natrafi na więcej przestrzeni, a co za tym idzie na więcej masy i energii. Czy poruszając się na zewnątrz siebie w stronę kosmosu, czy do wewnątrz siebie, w głąb każdej komórki i atomu. Logika, ta logika wyniesiona ze szkół do których chodził, nakazywała Mu podążanie za powszechnym torem myślenia. Wszechświat jest ogromny, a ludzie mali, więc logicznym być powinno, że na zewnątrz musi istnieć więcej światów, niż w odwrotną stronę. Jednak Jego dusza buntownika nakazywała Mu krytyczne podejście do takiego sposobu postrzegania rzeczywistości i może właśnie stąd - czasami, w wolnych chwilach - nachodziła Go myśl o koncepcji, zgodnie z którą Ten, Który stworzył świat, umieścił tych coraz mniejszych i mniejszych światów więcej do wewnątrz, niż do zewnątrz, czego nie można było przecież wykluczyć.
Ta ciekawość i krytyczne spojrzenie na rzeczywistość zaowocowały sukcesem. Nie przegapił filmu, w którym grupa amerykańskich naukowców powiększyła ludzką komórkę i zajrzała do jej środka. To był głośny film w tamtych czasach, bowiem podważał teorię ewolucji. Pokazane w powiększeniu poszczególne elementy komórki i ich funkcje obalały twierdzenie, jakoby pierwsza, najprostsza żywa komórka powstała przypadkiem, a następnie ewoluowała do tej mnogości postaci, jakie znamy dzisiaj.
W filmie tym pokazano w wyraźnym powiększeniu wnętrze komórki ludzkiej. Kilka scen zapamiętał na całe życie. Zapamiętał na przykład nano pojazdy, które były takimi wózkami widłowymi do przenoszenia ładunków. Te wózki napędzane były odnogą lub raczej ogonkiem nazywanym wicią, która kręciła się dając napęd temu pojazdowi. Owa wić prędkością obrotów i wygięciem nadawała tej mini ciężarówce szybkość poruszania się oraz kierunek. Dokładnie tak, jak w prawdziwym pojeździe mechanicznym. Najbardziej niesamowite było jednak to, że ta wić wydawała się być napędzana elektrycznie, a jej ruch obrotowy odbywał się wewnątrz komutatora, jak w normalnym silniku elektrycznym. To nie był koniec rewelacji. Ludzkie komórki mają różną wielkość. W ten sposób w jednym milimetrze sześciennym można by zmieścić miliard najmniejszych komórek ludzkich, lecz coś innego jeszcze bardziej Go zafascynowało, bo, skoro nowa ludzka komórka potrafi powstać w wyniku podziału, w ciągu dziesięciu godzin, to aby zauważyć replikację jednej sekwencji DNA, a DNA to ponad trzy miliardy znaków, należy podzielić jedną sekundę na ... sto tysięcy części. Te fakty były niesamowite, a było ich oczywiście więcej.
W ten sposób film nie pozostawiał widzom wątpliwości i prowadził do jednego wniosku. Komórka jako najbardziej skomplikowany mechanizm, jaki znamy na planecie ziemia, może sprawnie funkcjonować tylko wtedy, gdy posiada wymagany zestaw nano urządzeń oraz kompletny zapis DNA, który jest instrukcją postępowania dla tej komórki oraz dla każdej kolejnej, która powstanie w wyniku jej podziału. Powstawanie każdej kolejnej natomiast, wymaga precyzyjnej replikacji kodu DNA, liczącego ponad trzy miliardy znaków, co dzieje się miliardy miliardów razy w życiu miliardów ludzi. Niepojęte i z pewnością niezgodne z twierdzeniem, że pierwsza żywa komórka powstała przypadkiem i przez miliardy lat wyewoluowała do tych wszystkich form życia zwierzęcego i roślinnego, jakie znamy dzisiaj. Tak mógł twierdzić ktoś, sto lat temu owszem, gdy jeszcze myślano, że komórka to raptem kilka aminokwasów połączonych ze sobą. Gdyby tak rzeczywiście było, teoria o tym, że życie powstało przypadkiem, miałaby realne podstawy prawdopodobieństwa, lecz gdy już wiemy, ile miliardów zależności pomnożonych przez miliardy powtórzeń u miliardów istot żywych, jest wymaganych do tego, by życie mogło trwać i przetrwać ... to gdy już to wiemy, twierdzenie o przypadkowym pochodzeniu tego życia, tu na ziemi, jest oczywistą bzdurą, powtarzaną wyłącznie przez ludzi, którzy nie znają rzeczywistej budowy własnych ciał.
Od tamtego czasu wiedział już, że świat, rośliny, zwierzęta i ludzie zostali najpierw zaprojektowani, co jest projektu wymogiem, a następnie stworzeni przez Jakiegoś Wielkiego Stwórcę, Wielkiego Projektanta, Istotę Wszechmocną i Wszechpotężną. Matematyka nie pozostawiała tu żadnych wątpliwości. To wiedział z pewnością i nie trzeba Mu było tego tłumaczyć.
Ta pewność rosła w Nim i rosła, aż z czasem uruchomiła chęć poszukiwania kolejnych elementów układanki. Chciał wiedzieć, ... Kto Jest Tym Stwórcą. Konkretnie. Kto. Nie jakieś tam bajki, legendy i podania. Nie chciał tylko wierzyć w Boga tak, jak kazano Mu to robić na lekcjach religii. Nie chciał też tylko rozumieć, że Stworzyciel musi istnieć, bo matematyczne prawdopodobieństwo wskazuje wyraźnie na nieprzypadkowe pochodzenie życia. Oba te warianty, to było dla Niego za mało. Pragnął poznać prawdę. Czuł, że to jest możliwe i że mieści się to w zasięgu dostępnej obecnie wiedzy.
W ten sposób natknął się kiedyś na Edgara Cayce, który nie pomylił się kilkanaście tysięcy razy w tym co robił, a robił coś dosłownie kosmicznego, ponieważ odpowiadał na pytania ... śpiąc ... i w ten sposób diagnozował choroby, odszukiwał zaginionych, opowiadał o przeszłości i przyszłości. Śpiąc wiedział to, czego nie wiedzieli inni. Do tego robił to w asyście świadków, którzy spisywali to, co mówił przez sen, a z czego powstała pokaźna biblioteka tych odpowiedzi funkcjonująca do dzisiaj w USA.
To jednak kim był i co zrobił Edgar Cayce nie miałoby takiego znaczenia, gdyby nie pewien fakt z niedalekiej przeszłości. Chodziło mianowicie o to, że kilka lat wcześniej On pracował w pewnej firmie. Tam też zastosował pewną technikę układania towaru na półkach tej sieci sklepów, gdzie jako dyrektor zarządzał marketingiem. Ta technika, w sposób spektakularny zwiększała poziom sprzedaży, co niestety stało się przyczyną zwolnienia Go ze stanowiska. Po prostu po zaprezentowaniu i wyjaśnieniu zasad działania takiego ułożenia towaru, które wydłużało przebywanie pojedynczego klienta w sklepie, a które powodowało, że sklep nigdy nie był pusty oraz nadaniu technice tej określenia: WP - Wydłużanie Przebywania, przestał być potrzebny. Jego zwolnienie wiązało się też z niemałymi oszczędnościami dla firmy, bo oczywiście sporo zarabiał wykonując tego typu zajęcie.
Gdy stracił tę pracę, zapragnął poznać więcej zasad rządzących ludzką podświadomością. Przeleżał potem w tym celu pół roku w łóżku, w głębokiej koncentracji, z niezbędnymi przerwami na potrzeby fizjologiczne oczywiście. W tym półrocznym śnie, nie wiedząc jak to zrobił, pozyskał wyłącznie w wyniku tej głębokiej koncentracji, pozyskał wiedzę, którą potem zaprezentował na spotkaniu zarządu w innej firmie, gdzie znów został dyrektorem. Jakież było Jego zdziwienie, gdy tę samą wiedzę odkrył kilka lat później w książce Roberta Cialdiniego traktującą o sześciu elementach myślenia podświadomego. Wiedza z książki była prawie identyczna wobec tej pozyskanej ze snu. Książka mówiła prawie to samo, lecz innymi słowami. Czytając tę książkę zrozumiał, że wiedza, którą pozyskał podczas tego półrocznego okresu głębokiej koncentracji, a której to wiedzy wcześniej nie posiadał na pewno, pochodziła z tego miejsca, które opisywał Cayce. Cayce właśnie stamtąd czerpał swoje odpowiedzi na wszystkie zadawane mu przez sen pytania, a to, że było przy tym wielu świadków i powtórzyło się to tysiące razy, czyniło go wiarygodnym.
Cayce ściągał swą wiedzę z akaszy, bo tak nazywał tę kosmiczną bibliotekę wszelkich informacji o wszystkich ludziach i wszelkich wydarzeniach. On podczas tego półrocznego snu musiał odwiedzić jakimś przypadkiem to samo miejsce. Innego wytłumaczenia nie było.
Cayce odwiedzał te kosmiczną bazę danych w sposób zaplanowany, metodologiczny i powtarzalny. On zrobił to przypadkiem i nie umiał już tego powtórzyć.
Robert Cialdini w swej książce wyodrębnił sześć zasad myślenia podświadomego ludzi i wszystkie uniwersytety świata posługują się tym podziałem po dziś dzień. On ściągnął z kosmicznej biblioteki tych zasad ... siedem, czyli o jedną więcej. Co miał z tym zrobić? Nie wiedział, lecz nie to było ważne. Ważniejszym było to, co udowodnił i twierdził Edgar Cayce, a udowodnił, ponieważ korzystał z kosmicznej wiedzy tysiące razy nigdy się nie myląc, a twierdził, że dostęp do tego miejsca informacji ma każdy. Każdy, kto tylko potrafi tam wejść.
Twierdził też, że dusza w ciele człowieka przebywa w nim tylko tymczasowo, podczas ziemskiego życia ...
Twierdził też, że w bibliotece tej zapisana jest przeszłość, przyszłość oraz wszystko to co każdy z ludzi zrobił, mówił i myślał ...
Twierdził również, że każda dusza, która porzuca ciało, ma dostęp do wszystkich tych informacji, co w tamtym pozacielesnym świecie jest jak najbardziej naturalne.
Po tych wyjątkowych doświadczeniach prawie z innego świata, których w tym świecie dotknął najzupełniej realnie, On zmienił się. Wiedząc, że każdy ludzi po zakończeniu swojej wędrówki tu na ziemi, będzie mógł w tym kolejnym świecie wiedzieć o każdym innym człowieku wszystko. Wiedzieć, co ktokolwiek inny zrobił, przeżył, a nawet myślał. Wiedząc też, że Stworzyciel z pewnością istnieje i patrzy na Niego, i że kiedyś podda każdy Jego czyn, słowo i myśl ocenie, On starał się wyzbyć wszelkiego zła w sobie i poza sobą również.
W tamtym czasie prowadził komis samochodowy. To była Jego kolejna postać. Nie chcąc jednak być w konflikcie z kimkolwiek w świecie obecnym oraz w tym kolejnym, gdzie każdy o każdym będzie wiedział wszystko, opracował technikę, która wykluczała takową możliwość. Po prostu, najpierw diagnozował samochód, potem opisywał na kartce wszystkie znalezione wady, czyli to, co jest do wymiany lub naprawy, a następnie wieszał taką kartkę z tymi wszystkimi informacjami za szybą sprzedawanego samochodu. Koledzy po fachu śmiali się z Niego, lecz klienci to doceniali i w praktyce to działało.
Zaczął też inaczej ze Mną rozmawiać. Nie traktował Mnie już jak zwyczajną, fizjologiczną reakcję, czyli coś, co owszem gdzieś tam wewnątrz Jego serca istniało, ale nie bardzo wiadomo, co to jest i gdzie to jest. Zaczął traktować Mnie jak Osobę. Jak Istotę. Jak Głos Stworzyciela, który przebywa w Nim po to, by Bóg, Ojciec, Wielki Projektant mógł się z Nim komunikować.
Próbował też nauczyć się rozróżniać, który i kiedy z wewnętrznych głosów w Nim się odzywa. Mój Głos, głos dedukcji, głos pamięci, głos instynktów, głos reakcji fizjologicznych, głos substancji wpływających na pracę mózgu pochodzących od bakterii przebywających w jelitach, głos substancji zawartych w pokarmach itd. Uczył się tego, a przynajmniej próbował.
Zmienił też podejście do kobiet. Wiedząc, że będzie kiedyś oceniony przez Stwórcę i każdego z ludzi również, nie umiał traktować kobiet przedmiotowo. Był sam. Owszem. Poszukiwał swojej drugiej połówki, wiadomo, ale wiedząc, że to życie tu na ziemi nie jest z pewnością końcem, a bardziej początkiem, pozwalał zbliżyć się do siebie tylko takiej kobiecie, z którą miał zamiar być już do końca życia.
W tamtym czasie mieszkał z pewną dziewczyną. Mieszkał to za dużo powiedziane. Po prostu przychodziła do Niego nocować. Osiemnaście lat. Śliczna. Mądra. Pracowita. Spali razem codziennie przytulając się do siebie. Spali razem, ale On nigdy nie wykorzystał jej ciała. Po prostu wiedział, że nie chce być z nią do końca życia i tyle. Po prostu tak to czuł. Czuł na pewno, że tego nie chce, bo nie umiał wyobrazić sobie z tą dziewczyną przyszłości. Po prostu nie umiał. Dlaczego?
Bo to nie była Ta dziewczyna. Bo nie zachowywała się tak, jak On to sobie wyobrażał. Bo nie budziła w Nim emocji. Bo brakowało jej tego czegoś, czego On nie potrafił w żaden sposób określić słowami, bo ... bo nie wiedział dlaczego.
Ja oczywiście wiedziałem, o co chodzi. Po prostu ona, to nie był Ona. To wszystko. Teraz kilka słów o Niej. Nadążasz?
****
Ona. Była lepsza.
Uważała się za lepszą i rzeczywiście taka była.
Była lepsza, bo tak została wychowana przez rodziców. Pracowita, pełna energii, uśmiechu, wewnętrznej harmonii i dyscypliny, co potwierdzało się każdego dnia.
Była też skromna, ponieważ bardzo pilnowała, by właśnie tak się zachowywać. Powszechnie lubiana, szanowana i poważana.
Jeśli było to możliwe, wstawała zawsze o tej samej porze. Piąta trzydzieści. Nawet w soboty i niedziele. W ten sposób realizowała narzucony sobie plan dnia. Nie chciała z tego planu zrezygnować, ponieważ robiąc codziennie to, co sama zaplanowała, czuła, że kontroluje własne życie, a to dawało Jej spokój.
Bardzo często Jej organizm sam budził się o dosłownie sekundy przed piątą trzydzieści. Nie wiedziała, jak to się dzieje, ale sprawiało Jej to przyjemność. Sprawiało Jej przyjemność wszystko to, co dotyczyło Jej ciała. Praca nad własnym ciałem, a umysł był jego częścią, była Jej codzienną przyjemnością.
Oprócz tych dni, w których plan dnia nie mógł być zrealizowany, każdy dzień rozpoczynał się tak samo. Wizyta w toalecie, mycie zębów, krótka gimnastyka, a potem szlifowanie języków. Codziennie jeden z czterech.
Poranna nauka trwała różnie. Niekiedy kilkanaście minut, a niekiedy godzinę. Nie narzucała sobie czasu, chodziło tylko o to, by od pierwszego kontaktu z rzeczywistością Jej umysł zrozumiał i zapamiętał, że pracuje w kilku obszarach językowych. Taki był Jej plan na życie. Programowała sama siebie na ten rodzaj funkcjonowania, ponieważ właśnie takie życie zaplanowała i takie życie prowadziła.
W trakcie porannej sesji językowej wypijała dwie lub trzy szklanki wody. Potem był prysznic. Zawsze gorący na początku, a na końcu zimy. Wszystko dokładnie tak, jak to wyniosła to z domu.
Nie używała pasty do zębów. Zamiast sklepowej pasty używała mieszanki soli kamiennej i sody oczyszczonej. W ten sposób nie używając w zasadzie cukru i wszystkiego co zawierało cukier lub inne substancje słodzące, miała wszystkie swoje, własne, zdrowe zęby i ani jednej plomby.
Nie kupowała kremów w sklepach. Robiła je sama. Mieszała rożne naturalne olejki dozując je pipetą na lewej dłoni. Następnie mieszała te olejki rozcierając je w obu dłoniach, a gdy wszystko stawało się ciepłe i płynne, smarowała tym twarz i ciało. W ten sposób Jej skóra wyglądała doskonale.
Niekiedy dodawała do mieszanki tej kroplę płynu lugola, a niekiedy płynnych witamin: A, E, D3, różnie. Robiła to wszystko nie dlatego, że brakowało Jej jodu, witamin, czy nie wiadomo czego tam jeszcze. Niczego Jej nie brakowało. Po prostu Jej matka stosując tę metodę robienia kremów na dłoni, pomimo lat, miała twarz jak nastolatka.
Podobnie jak matka restrykcyjnie stosowała się do zasady: nie nakładaj na skórę tego, czego sama byś nie zjadła. W ten sposób nie stosowała dezodorantów. Dezodorantem była odpowiednia mieszanka naturalnych tłuszczów ...
W ten sposób nie stosowała kremów do opalania. Kremami były te oleje z roślin, które naturalnie wyposażone są w filtry przeciwsłoneczne ...
W ten sposób używała tylko tego co naturalne, a widząc przepaść wyglądu własnego i koleżanek, nie wyobrażała sobie z zasad tych zrezygnować.
Miała dwadzieścia siedem lat i była piękna. Była tak piękna, jakby Bóg - Stworzyciel Świata pisząc Jej kod DNA, chciał pochwalić się tym, co potrafi. Tę urodę odziedziczyła po rodzicach, a rodziców rzeczywiście miała wyjątkowych. Matka nie wysoka o urodzie Cyganki z cudownie piękną, niepowtarzalną twarzą. O włosach długich i czarnych jak u Indianki. O idealnej figurze i ciemnobrązowym spojrzeniu w takiej oprawie brwi, że nawet greccy bogowie przyzwyczajeni do kobiecego piękna padliby z wrażenia.
Ojciec wysoki. Bardzo wysoki. Z lekko pochyloną do przodu głową, od częstego pochylania się w stronę dużo niższej żony. Zbudowany jak antyczny posąg. Tors, ramiona i uda gladiatora, a dłonie jak u pianisty. Przystojny, o anglosaskiej twarzy, uroczy, ciemny blondyn o lekko sfalowanych włosach i wielkich, niebieskich oczach. Wyglądał jak amerykański milioner, który właśnie wyszedł z siłowni. Tak pewny siebie, jakby był właścicielem połowy świata.
Gdy był młody, zdobył złoty medal olimpijski, ale do czasu poznania swojej drugiej połówki nie był szczęśliwy. Mógł mieszkać w każdym kraju na świecie. Mógł wybrać sobie zawód, wspólników, inwestorów, sponsorów, kobietę, których miał wokół siebie całe tuziny. Mógł wszystko, ale marzył o rodzinie i gdy tę rodzinę w końcu stworzył, zapomniał o całym świecie.
Ojca i matkę dzieliło szesnaście lat i było widać tę różnicę, ale to im nie przeszkadzało. Od czasu, gdy się poznali, chodzili zakochani w sobie trzymając się za ręce, jakby mieli po kilkanaście lat. Matka wpatrzona w ojca, jakby była poniewieraną przez życie służącą, która nagle poznała najprzystojniejszego złotego medalistę olimpijskiego i ojciec, wpatrzony w matkę, jakby był zapijaczonym nieudacznikiem, który właśnie poznał miss świata. Tak oboje patrzyli na siebie. Od zawsze jak to pamiętała. Z taką ... lekką mgiełką miłości w oczach, jakby w oczach tych, gdzieś głęboko, wbudowane były łzy szczęścia, które nigdy nie wysychały. Właśnie takich miała rodziców. Byli dla siebie jak ósmy i dziewiąty cud świata, a każdy kto ich znał, widział to jak na dłoni.
Gdy była mała, mieszkali w mieszkaniu z jednym tylko pokojem. Ten pokój był i pokojem, i sypialnią, i kuchnią, i bawialnią, i gabinetem ojca, i pokojem gościnnym. Był wszystkim. Potem, gdy ojciec wybudował dom, cały parter też był jednym pokojem. Sam zaprojektował taki układ i pilnował podczas budowy każdego szczegółu. Pamiętała jak później, w tymże już nowym domu, albo bawiła się z mamą, albo odrabiała lekcje, albo jadła lub oglądała telewizor, albo cokolwiek. Pamiętała jak ojciec patrzył na oba swoje skarby, jak na dziewiąty i dziesiąty cud świata cały czas z tą samą mgiełką w oczach, która nigdy nie wysychała.
Bywało, że siadała ojcu na kolanach i zadawała mu pytania, a on zawsze miał dla Niej czas i nigdy im się te pytania i odpowiedzi nie nudziły. Gdy opowiadał Jej o tym, jak Ją kocha, zawsze powtarzał, że gdyby Ona była chora i gdyby potrzebowała na przykład nowego serca, to dałby Jej swoje i nie zastanawiałby się nad tym nawet sekundy. Opowiadał Jej też, że gdy razem z mamą były jeszcze jednym ciałem, kochał je obie jedną miłością. Potem natomiast, gdy się urodziła, ta miłość nie podzieliła się na połowę, jak to być powinno zgodnie z zasadami matematyki, a pomnożyła razy dwa, tak jakby zasady funkcjonowania świata ich trojga nie dotyczyły.
Gdy była mała, zawsze spali razem. Ona w środku, a rodzice po bokach i zawsze, w którąkolwiek stronę się obróciła, zawsze spoglądały na Nią te same oczy, pełne miłości. Z tą delikatną mgiełką, która nigdy nie wysychała.
Gdy była większa i spała sama w swoim pokoju, zdarzało się, że przychodziła do sypialni rodziców, przytulić się na dobranoc. Zdarzało się też tak, że gdy było już późno, oni już spali, wczepieni w siebie jak dwa drzewa, które rosnąc obok siebie, przeplotły się gałęziami. Nie budziła ich wtedy, a tylko siadała na brzegu tego wielkiego łóżka, na którym kiedyś spali we trójkę i patrzyła. Patrzyła, tak jak ojciec patrzył kiedyś na Nią. Jak patrzył na mamę. Jak patrzył na oba swoje skarby.
Szkoda, że nie widziała swoich oczu w tych chwilach, bo były pełne tej niewysychającej mgiełki, o której Ona nie miała najmniejszego nawet pojęcia, a którą Ja oczywiście widziałem doskonale.
Ona była jedynaczką, Jej ojciec był jedynakiem i matka również. Gdy była mała i gdy były niedziele, urodziny, święta lub nie było żadnej okazji, a obaj dziadkowie, obie babcie i oboje rodziców, czyli wszyscy w komplecie siadali przy stole, wszyscy Oni patrzyli na Nią, jak na najważniejszą osobistość zamieszkującą planetę ziemia. Wszyscy z tą samą niewysychającą mgiełką w oczach. Z takiej rodziny pochodziła. W takich warunkach dorastała. Takie sceny pamiętała i do takiego życia była przyzwyczajona.
Gdy poszła na studia, w naturalny dla każdego człowieka sposób, starała się znaleźć swoją drugą połówkę. Dokładnie tak jak to zdarzyło się u dziadka i babci, babci i dziadka, mamy i taty. Starała się, ale było to trudniejsze, niż myślała i zawsze pojawiał się ten sam problem. Nie było tej niewysychającej mgiełki w oczach nikogo, kogo spotkała na swojej drodze. W trakcie tych poszukiwań przeżyła kilka związków, które potem były coraz krótsze i krótsze, a działo się tak z jednego tylko powodu.
Otóż albo miała pecha, albo to była jakaś nieznana Jej norma, albo wręcz klątwa - tak o tym myślała - ale zawsze, dosłownie zawsze, gdy kochała się z jakimś swoim chłopakiem i gdy już ten akt miłości dobiegł końca - prawdę mówiąc nie była do końca pewna, że to coś co przeżywała można było nazwać miłością - otóż, gdy już akt tego czegoś, co nazywała miłością się skończył i potrzeba fizjologiczna została zaspokojona, Ona nie mogła patrzeć na tego osobnika płci przeciwnej, który w akcie tym uczestniczył. Nie tylko nie mogła na niego patrzeć. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłaby znów go dotknąć, że mogłaby iść z nim na spacer. Nie umiała sobie wyobrazić z tym kimś zwyczajnej rozmowy, a co dopiero wspólnego, przyszłego życia. W takich chwilach zadziwiona tym uczuciem kierowała oczy w stronę ściany i mówiła do siebie w myślach: - Co ty tu robisz, dziewczyno. Uciekaj! - a potem po minucie lub nawet szybciej, a niekiedy dłużej, wszystko wracało do normy. Znów mogła rozmawiać z tym kimś, kto właśnie zaspokoił tę Jej fizjologiczną potrzebę miłości. Potrzebę, która jeśli nie została zaspokojona, nie pozwalała Jej o niczym innym myśleć.
Te wątpliwości z czasem budowały mur. Ten mur z czasem nie pozwalał przedstawiać rodzinie i znajomym tego kogoś, kto zaspakajał potrzeby Jej ciała, ale nie zaspakajał potrzeb serca ... Ten mur z czasem spowodował, że zaspokajanie potrzeb ciała nie musiało wiązać się ze wspólnym mieszkaniem z kimkolwiek ... Ten mur z czasem doprowadził do tego, że szukanie miłości ograniczało się do spędzania tylko jednej nocy z każdym kolejnym kandydatem na Tego Jedynego.
Gdy skończyła studia i poszła do pracy, gdzie znając biegle cztery języki sprzedawała chemikalia na cały świat, bardzo szybko została zaakceptowana i doceniona przez pracodawcę, kolegów, koleżanki i klientów. Po prostu swą osobą przyciągała ludzi jak magnes. Przyciągała ponieważ nie pragnęła awansu i pieniędzy. Przyciągała ludzi jak magnes, ponieważ pragnęła życia, do jakiego była przyzwyczajona. Przyciągała, ponieważ pragnęła miłości. Dokładnie takiej miłości, jaką widziała u rodziców. To pragnienie natomiast, budowało wokół Niej atmosferę oczekiwania, otwartości i przystępności, co w połączeniu z urodą i skromnością, było mieszanką gwarantującą sukces w czymkolwiek, czego dotknęła.
Już po dosłownie roku miała tyle ofert pracy, że mogła mieszkać w każdym kraju na świecie. Mogła sobie wybrać firmę, dom, samochód, otoczenie, przyjaciół, wszystko, ale ona marzyła tylko o jednym. O tej niewysychającej mgiełce w oczach tego mężczyzny, z którym będzie chodzić na spacery i który będzie spał obok, wczepiony w Nią ramionami jak drzewo, które rosnąc obok innego drzewa, przeplotło się z nim gałęziami.
Nie marzyła tym od zawsze. To rosło w Niej z czasem. Rosło w miarę upływającego życia. Zaczęła marzyć o tym dopiero wtedy, gdy ta niewysychająca mgiełką przez całe lata nie pojawiła się w oczach nikogo, komu pozwalała się dotykać. Po prostu zaczęła zauważać różnice w życiu swoim i rodziców. Zaczęła analizować i szukać przyczyn, również w sobie. Zaczęła słuchać własnego serca. Zaczęła ze Mną rozmawiać, a ja zacząłem Jej tłumaczyć, czym jest ta niewysychająca mgiełka, którą Ona kojarzyła ze szczęściem. Największym jakie tylko mogła sobie wyobrazić.
Początkowo nasze rozmowy napotykały na trudności. Nie umiała nastroić się na Mój Głos, ponieważ nie wiedziała w jakim języku oczekiwać Moich sygnałów. W takich chwilach podsuwałem Jej obrazy mgiełki w oczach i słów ojca, że gdyby potrzebowała nowego serca, bo Jej byłoby chore, dałby Jej swoje ...
Podsuwałem Jej obrazy rodziców splątanych ze sobą we śnie, jak dwa drzewa, które rosnąc obok siebie przeploty się gałęziami ...
Podsuwałem Jej obrazy wspólnego siadania przy stole, gdy wszyscy w komplecie patrzyli na Nią jak na najważniejszą osobistość zamieszkującą planetę ziemia ...
Podsuwałem Jej obraz mężczyzny, który gładzi Jej twarz na starość i patrzy na każdą Jej zmarszczkę, widząc Jej twarz nie tak piękną jak wtedy, gdy była młoda i gładka, a tak piękną jak wtedy, gdy Ona patrzyła na coraz bardziej poorane zmarszczkami twarze babci i dziadka, dziadka i babci, i kochała ich, z każdą kolejną zmarszczką, coraz przez to piękniejszych, kochała coraz bardziej.
Kochała miłością ciepłą, rozlewającą się na piersiach. Kochała tym ciepłem na piersi, które przyciąga do osób, które Ty kochasz i które Ciebie kochają. Do osób, które tylko swoją obecnością powodują, że w Twoich oczach, pojawia się ta niewysychająca mgiełka, najpiękniejszego na tym ziemskim świecie spojrzenia.
Po czasie, gdy już przyzwyczaiła się do tych obrazów, które Jej podsuwałem i nie zmuszała siebie do odczytywania Mojego Głosu jako słów w jakimś znanym Jej ziemskim języku, otóż po tym czasie, zaczęliśmy rozmawiać tylko językiem uczuć i obrazów. W tym czasie nie musiałem Jej już tych obrazów i uczuć podsuwać. Tworzyła je sama, wyobrażając sobie, sama siebie, ze swoim mężczyzną. Z tym mężczyzną, który zburzy mur niepewności.
Nasze rozmowy były coraz bardziej precyzyjne, ponieważ nauczyła się oczekiwać ode mnie słów w postaci uczuć. Zadawała mi pytania, wyobrażając sobie, sama siebie, w różnych sytuacjach, a potem, podczas analizy tych sytuacji badała, jakie uczucia budzi w Niej to, co przeżywa w wyobraźni.
Podczas tych chwil, które były Jej marzeniami, rozmawiałem z Nią już tylko w moim języku. W języku uczuć. Rozmawialiśmy językiem, który jest doskonałym językiem tych dusz, które porzucają ziemskie ciała po to, by znów stać się Światłem. Językiem doskonałym, który w tym świecie, w którym każdy Jest Światłem, znany jest doskonale każdej przebywającej tam istocie. Językiem rozumianym również tutaj, przez wszystkich ludzi mieszkających na planecie Ziemia. Rozumianym niezależnie od tego, jakim językiem się posługują.
Incydent krytyczny
Tego krytycznego dnia, gdy przebywałem nad pewnym miastem w pewnym kraju, w którym ludzie wyjątkowo bliscy są zrozumienia faktu, że wszyscy Oni byli i znów będą Światłem, była sobota. Wakacje dobiegały końca, a Ona właśnie zakończyła wszystkie poranne czynności. Wstała przecież jak zwykłe i niczego nie pominęła. Pominięcia porannych obowiązków były możliwe wyłącznie w poranki niedzielne.
Mieszkała teraz sama w niewielkiej kawalerce, w zwyczajnym bloku. Sama w małym mieszkaniu nie dlatego, że nie mogła mieć większego. To było zaplanowane działanie. Po pierwsze, by dać swobodę rodzicom, a po drugie, by dać swobodę sobie. Szukała przecież miłości. Miłości, a nie wspólnika w interesach. Mogła wynająć najdroższy nawet apartament, ale nie chciała tego robić, ponieważ w ten sposób mogłaby zwrócić uwagę nie tego mężczyzny, którego szukała.
Na błękitnym i czystym niebie nie było ani jednej chmurki. O tej godzinie, a zegar pokazywał kilka minut przed dziewiątą, na pobliskim targu panował spory ruch. Ten targ, podobnie jak mieszkanie, też był elementem planu. Przez otwarte okno wskakiwały promyki słońca odbijając się od czystych szyb, jasnej podłogi i jasnych mebli. Poruszane lekkim wiatrem liście pobliskich drzew dodawały tej jasnej przestrzeni kolejnych odblasków, tworząc wrażenie poruszającego się baletu wielu odcieni złotych świateł, tak jakby Ten, Który Jest Światłem, podziwiając swoje dzieło, krążył teraz wokół tej cudownej istoty, która stała przed lustrem.
Przed lustrem natomiast, stała blondynka o włosach lekko sfalowanych, sięgających daleko za ramiona. Te włosy falowały same, jak u ojca. Nigdy przez nikogo sztucznie nie podkręcane i nie farbowane, mieniły się wieloma odcieniami blondu. Fryzjerki były zachwycone zarówno tym wielokolorem jak i sposobem falowania. Mówiły, że takie włosy to dar, którego nie da się w żaden sposób sztucznie odtworzyć.
Twarz miała po matce. Cudownie piękną i oczy. W takiej oprawie brwi, że nawet greccy bogowie przyzwyczajeni do kobiecego piękna padliby z wrażenia. Te oczy też miała po ojcu, ogromne jak u nastolatki i błękitne, lecz nie błękitem jednolitym. Ten błękit mienił się wieloma odcieniami, jakby pochodził z innego świata. Usta różowe, nabrzmiałe, soczyste, gotowe do pocałunku. W kącikach ułożone w delikatny uśmiech, a na środku w naturalne serduszko. Figura harmonijna, żadnych dysonansów. Biodra i piersi ani za duże, ani za małe. Wcięcie w talii wyraźne. Wręcz perfekcyjne. Szyja gładka i jasna. Ramiona delikatne, a dłonie jak u pianistki. Skóra, ta widoczna, bez najmniejszych nawet śladów przebarwień. Ideał. Dosłownie ideał. Każdy mężczyzna, który na Nią patrzył musiał wstrzymać oddech z wrażenia i tak też za każdym razem było.
W twarzy widać było ufność, otwartość i poszukiwanie miłości. Nigdy nikogo nie skrzywdziła i nie oszukała, była tego pewna. Nigdy też nikt nie zrobił Jej takiej krzywdy, by ufność tę utraciła. Nie bała się chodzić sama na wieczorne spacery i nie bała się rozmawiać z nieznajomymi. Tę ufność i niewinność było widać w Jej twarzy, zachowaniu, a nawet w głosie. Ta ufność, otwarcie na świat i perfekcyjna uroda, to była Jej broń w walce o zdobycie miłości. Wiedziała, że tę miłość w końcu zdobędzie. Upoluje. Była coraz bardziej świadoma tego, czego chce, ponieważ zaczynała rozumieć, czego nie chce.
Patrzyła na siebie z dumą. Wiedziała, że jest ładna, ale nie docierało do Niej jak bardzo. Gdy była mała wszyscy mówili, że nigdy nie widzieli piękniejszego dziecka, a gdy stała się kobietą, wiele osób uważało Ją za ideał kobiecego piękna. Wyglądała młodo, dosłownie jak nastolatka i trzeba się było dobrze przyjrzeć, by zauważyć w Niej oznaki dorosłości. Tę dorosłość wydobywała z siebie strojem.
Dzisiaj wychodziła na polowanie, więc postawiła na młodość w odcieniach bieli, szarości i srebra. Lubiła się stroić jak dziewczynka, ale w tej chwili robiła to jak dojrzała kobieta. Z premedytacją uwydatniała swoje atuty ozdabiając je dodatkowo wysublimowanymi detalami licząc na to, że detale te zauważy ktoś o równie wysublimowanym guście.
Było ciepło, więc ubrała jasnoszare leginsy sięgające niewiele za kolana. Idealnie dolegające do ciała. Jak druga skóra. Pasek i końcówki nogawek ozdobione były koronkowym obszyciem z przeplotem srebrnej nitki. Koszulka krótka. Ledwo za piersi. Obcisła, biała, też z koronkowym obszyciem w głębokim dekolcie. Odsłaniała sporą część nagiego brzucha i pleców. Na stopach białe balerinki również z koronkowym wzorem ozdobionym srebrnymi cekinami. W uszach dwie prawdziwe perły w srebrnej zapince. Na szyi trzy srebrne łańcuszki. Każdy o innym przeplocie i innej długości. Włosy luźno. Zero makijażu.
Obróciła się twarzą w stronę otwartego okna i spojrzała na swoją figurę z profilu. Była dumna z długich falujących włosów, płaskiego brzucha, kształtnych bioder podkreślonych talią osy. Najbardziej jednak dumna była ze stojących na baczność, napompowanych pośladków, które chłopaki na siłowni nazywali latynoskim ideałem. Sporo pracy poświęciła na to, by one tak wyglądały.
Wiedziała doskonale, jakie emocje budzi w mężczyznach Jej ciało, zanim ich fizjologiczna potrzeba zostanie zaspokojona. Wiedziała, ponieważ sprawdziła to wielokrotnie. Wiedziała też, że ta fizjologiczna potrzeba miłości nie jest wszystkim. Wiedziała, że jest coś więcej. Miała przecież przykład. Rodziców. Takiej właśnie miłości poszukiwała. Nie znalazła jej na studiach i nie znalazła w pracy, a szukała przecież u prawie wszystkich kolegów. Każdego sprawdziła, jednak nie przyniosło to żadnego efektu.
Po czasie, czyli całkiem niedawno, doszła do wniosku, że taki rodzaj poszukiwań, gdzie poszukiwania te polegają wyłącznie na zaspokajaniu potrzeb ciała i późniejszym zastanawianiu się, co będzie dalej, to błąd, i że musi zmienić strategię. Postanowiła, że gdy znów spotka kogoś, kto mógłby być Tym Jedynym, najpierw sprawdzi, jak poczuje się przy Nim, a dopiero potem zastanowi, czy zaprosić Go do siebie, czy może pójść do Niego lub gdziekolwiek.
Nigdy nie próbowała takiej odwróconej strategii i była prawnie pewna, że to się udać nie może, ponieważ ta siła przyciągania, której nigdy się nie oparła, a która każe przytulać się, dotykać, pieścić i całować, jest zbyt silna. Postanowiła jednak spróbować. To był dobry plan i postanowiła go wprowadzić w życie jak najszybciej. Musiała tylko znaleźć kogoś, na kim mogłaby tę technikę przetestować.
Miała upatrzonego kandydata. Tu w rodzinnym mieście usłyszała kiedyś od koleżanek o kimś takim, kto zachowywał się inaczej. To koleżanki namówiły Ją do tego, by Go poznała. By poznała tego, kto łamie zasady i pisze poezje o miłości, a skoro pisze, to znaczy, że takiej też miłości, jak w tych poezjach, poszukuje. W ten sposób, właśnie od koleżanek, dowiedziała się o Nim wszystkiego. Jak wygląda, gdzie pracuje, gdzie mieszka i to był Jej cel. On, czyli prawdopodobnie ktoś, kto traktuje miłość jak coś więcej, niż tylko potrzebę fizjologiczną.
Nie mieli wspólnych bliskich znajomych, więc od kilku tygodni obserwowała Jego zwyczaje i starała się, niby przypadkiem, jakoś Go spotkać. Nie chciała, aby to ich pierwsze spotkanie zostało zainicjowane przez którąś z koleżanek koleżanek, a już na pewno nie przez któregoś z kolegów kolegów. To musiało wyglądać na przypadek, dlatego o tym co zaplanowała, nikomu nie mówiła.
To było małe miasto o zwartej strukturze centrum. Jedna handlowa ulica i targ z tylko dwoma wejściami. Mieszkali niedaleko od siebie i to mogło się udać, ponieważ w sobotnie poranki widziała Go na tym targu już dwukrotnie. Popatrzyła Mu nawet w oczy, raz, ale nie zwrócił na Nią uwagi. Dlaczego? Ponieważ nie widział Jej figury! Tak to sobie tłumaczyła. Nie widział tej broni doskonałej, która działała zawsze i na wszystkich, bo przecież każdy kto Ją widział, po prostu tracił zmysły i stawał jak wryty w ziemię. Niektórym plątały się języki, inni tylko patrzyli, a jeszcze inni próbowali Ją komplementować. Było tych opcji kilka, ale każda wywodziła się z doskonałego wyglądu Jej ciała.
Była ładniejsza, niż inne i była pewna, że ta przewaga pomoże Jej wybrać Tego mężczyznę, który będzie z Nią do końca życia. Jak ojciec z matką. Dokładnie tak. Dokładnie tak chciała to zrobić. Wybrać. Sama wybrać. Zdecydować. Zaplanować i zdecydować. Teraz nie będzie żadnych przypadków i żadnego zaspokajania potrzeb. Tym razem będzie inaczej. On ma Ją zobaczyć, a Ona popatrzy Mu w oczy i wtedy, w tej najważniejszej chwili, gdy On popatrzy na Nią, i po sekundzie, nie, po dwóch sekundach tego patrzenia, Ona uśmiechnie się i lekko pochyli głowę w przód z lekkim wygięciem w prawo, i lekkim skrętem w lewo spojrzy na Niego, i tym spojrzeniem zachęci Go do pierwszej rozmowy. Tak. Tak to się odbędzie. Głowa do przodu i w prawo w dół i lewy skręt. Wolno. Zachęcająco. Tajemniczo. Nie za szybko. I uśmiech do tego. I może podniesione brwi, jeśli uśmiech to będzie za mało. Inne opcje nie wyglądały tak zachęcająco. To ma być ruch zalotny. Pytający. Tak. Tak to ma wyglądać. Tak to zaplanowała, a ten ruch głową i zachęcające spojrzenie ćwiczyła setki razy przed lustrem.
Popatrzyła na siebie z drugiego profilu. Była zadowolona z siebie. Była gotowa na polowanie. Była gotowa, by Go spotkać. Dzisiaj. Tak dzisiaj. Miała plan. Dzisiaj nie pójdzie na targ i nie zaryzykuje spotkania z Nim w tłumie, gdzie nie będzie widać kształtów Jej ciała i gdzie On znów nie zwróci na Nią uwagi, bo nie zobaczy Jej figury. Dzisiaj zrobi to inaczej. Dzisiaj będzie spacerować po ulicy przed targiem. Na plac targowy prowadzą dwa wejścia, a oba wychodzą na tę samą ulicę. Tak, to dobry plan. Jeśli będzie miała szczęście to dzisiaj się spotkają. On popatrzy na Nią i stanie jak wryty w ziemię, a potem ... to Ona już sobie poradzi. Poprowadzi rozmowę i w kilku słowach zachęci Go do kolejnego spotkania opowiadając Mu jak to od tygodni chce Go poznać. Nie, tego Mu nie powie, a może ... zaraz. Kłamać nie można, ale można przemilczeć. Tak, przemilczeć. To uczciwe. Popatrzyła jeszcze raz w lustro. Była gotowa i miała plan. Nową strategię, którą dzisiaj wprowadzi w życie. Wyglądała jak milion dolarów, nie, jak dwa miliony. Wrzuciła portfel do torby. Zamknęła za sobą drzwi. Ominęła wzrokiem windę i wesoło podskakując na schodach ruszyła na polowanie.
****
Tego dnia On też wybierał na zakupy. Była sobota. W ten dzień często robił spory zapas warzyw. Na pobliskim targu można je było kupić bezpośrednio od rolników, a On korzystał z tego, jak tylko mógł. Marchewka kupiona od rolnika, ta pokryta jeszcze ziemią, trzymana w lodówce nie traciła twardości przez wiele dni, czego marketowe nie potrafiły. Dzisiaj jednak powinno być dużo więcej atrakcji. Sezon na warzywa się kończył. Magazyny były pełne. Ceny najniższe w roku. Warto to wykorzystać. Tak to sobie tłumaczył.
Nie przywiązywał wagi do stroju w przeciwieństwie do ciała. Ciało to maszyna do noszenia duszy. Tak uważał. Powtórzył poranne rytuały. Zawsze te same. Potem śniadanie. Codziennie inne. Spodnie pierwsze z brzegu. Zawsze czyste. Koszulka pierwsza z góry. Nigdy nie prasowana, a tylko doskonale powieszona po praniu, przez co nie pomięta. Buty te co zawsze. Torba na zakupy, na ramię, saszetka, na drugie, i już był na schodach zbiegając po nich po dwa stopnie. Do komisu miał pięć minut jazdy samochodem i był umówiony na dziesiątą z pierwszym klientem. Teraz było kilka minut przed dziewiątą, więc należało się spieszyć. Samochodu nie było sensu brać, bo przy targu nie było gdzie zaparkować. Za dziesięć minut będzie na miejscu. Piętnaście minut miały trwać na zakupy. Może dwadzieścia. Dziesięć minut powrót. Zdążę na pewno - pomyślał.
Wyszedł z klatki schodowej dwa zakręty i już był na chodniku główniej ulicy handlowej miasta. Poczuł poranny zapach spalin samochodów połączonych z poranną wilgocią. Ten zapach przypomniał Mu podobną chwilę kiedyś dawno, gdy miał kilkanaście lat i pierwszy motocykl kupiony za własne pieniądze. Zapach był wtedy ten sam.
Zdziwił się taką pamięcią, ale poczuł zadowolenie. Był zdrowy. Był szczęśliwy. Pełen energii. Nogi rwały się do biegu, ale powstrzymał się przed tym, by nie pobiec i nie robić na ulicy przedstawienia. W myślach planował dzień i dziękował Temu, Który Stworzył Świat za takie życie. Za zdrowie. Za możliwość podejmowania decyzji i brania za decyzje te odpowiedzialności, ale przede wszystkim dziękował za perspektywę odnalezienia miłości. Takiej miłości, gdzie Ona patrzy na Niego tym spojrzeniem, przez które widać Jej myśli. Tak właśnie sobie to apogeum miłości wyobrażał. Teraz jednak nie widział, a tylko czuł te obrazy w wyobraźni i szedł szybko. Nie chciał się spóźnić. Nie chciał zawieść klienta. Zależało Mu na tym, by zdobyć opinię kogoś, kto dotrzymuje słowa. Uważał, że właśnie tak należy prowadzić interesy.
****
W tym samym czasie Ona wyszła z klatki schodowej. Drzwi powoli same się zamknęły. Poczuła na twarzy ciepłe promienie słońca. Czy dzisiaj uda mi się Go spotkać - pytała sama siebie? Czy dzisiejsze polowanie zakończy się sukcesem? W sumie ... nie było to takie ważne. Ważne było gonienie króliczka. Nie poddawanie się. Robiła swoje. Wiedziała, że jest na prawidłowej drodze do wyznaczonego celu. Tyle wystarczy. Tyle musi wystarczyć. Wszystko co robi, przybliża Ją do celu. Czego można chcieć więcej?
Poranna wilgoć parowała z ziemi pod wpływem porannego słońca. Zapachy kwiatów z klombów przed blokiem docierały do Jej zmysłów. Czuła tę pachnącą rzeczywistość i czuła siebie. Czuła siebie w swojej własnej skórze. Czuła swoje kształty, z których była dumna. Była piękna. Była zdrowa. Była pożądana. Miała pieniądze, przyjaciół, świetną pracę. Wiedziała to wszystko i na siłę próbowała sama siebie przekonać, że jest szczęśliwa. Próbowała, ale brakowało Jej tego czegoś. Wisienki na torcie. Brakowało Jej miłości. Brakowało Jej na przykład chwil pożegnań z tym kimś, kogo kochałaby i do kogo mogłaby wracać codziennie po pracy. Brakowało Jej wspólnego wypełniania czasu wspólnymi czynnościami z kimś, kto Ją kocha, a nie tylko zaspokaja. Czy kiedyś Go spotka? Tego Jedynego. Czy będzie to dzisiaj?
Pierwszy krok zrobiła na siłę. Teraz kolejny. I jeszcze dwa. Skręt w prawo. Nogi już same pracują. Jeszcze kilka sekund i jest na swojej drodze przeznaczenia. To była ta ulica, na którą wychodziły dwa wyjścia z targu. Teraz pozostało Jej tylko spacerować tam i z powrotem, i czekać. Uśmiechnęła się do siebie zadowolona z życia, jakie prowadzi w tej chwili. Jakaś starsza, pomarszczona i lekko zgarbiona staruszka popatrzyła na Nią z zazdrością.
- Miłego dnia - powiedziała do kobiety, ale ta nie zareagowała zapewne rozmyślając o własnej młodości. Przyspieszyła kroku omijając staruszkę. Nie może to przecież wyglądać tak, jakby spacerowała w oczekiwaniu na spotkanie. Musi to wyglądać jakby była na zakupach. Ustabilizowała prędkość. Tak. Tak jest dobrze - pomyślała. Polowanie się rozpoczęło.
****
On szedł szybkim krokiem. Przeszedł najpierw przez ulicę, a potem przez skrzyżowanie. Minął przychodnię zdrowia i warzywniak, w którym robił zakupy w dni powszednie. Wszedł w aleję sklepów. Po jednej stronie ulicy były to budynki wolnostojące, z po drugiej częściowo wbudowane w wysokie bloki. Teraz w większości to sklepy lokalnych przedsiębiorców, ale ta propozycja z czasem się zmieni na korzyść ponadnarodowych korporacji. Obserwował ten proces degradacji handlu od ośmiu lat. Sam stracił swoje sklepy i wszyscy je stracą. Począwszy od najsłabszych. Ten proces jest nieubłagany - pomyślał, a potem westchnął. To był objaw bezsilności.
Budka z lodami po prawej. Kiosk Ruchu po lewej. Rząd samochodów klientów po prawej. Papierniczy po lewej. Z każdej strony handel i tłum ludzi, a każdy się spieszył. Matki z dziećmi. Wózki. Sporo kobiet i niewielu męskich przedstawicieli homo sapiens. Przechodził obok tych wszystkich ludzi, a idąc obserwował każdy szczegół, który świadczył o postępującej degradacji rodzimego handlu i obserwując myślał, dlaczego Go to interesuje. W tamtym czasie czuł już, że ten proces ma coś wspólnego z Jego życiem, ale wydarzenia na świecie nie pokazały Mu jeszcze miejsca, które byłoby Jego miejscem wewnątrz tych wydarzeń. To jeszcze nie był ten czas. Szedł. Obserwował. Myślał. Analizował. Nie zwalniał.
****
Ona zostawiła swój blok i trzy kolejne relikty PRLu po prawej. Doszła do skrzyżowania. Nie wiedziała, czy przejść w lewo na drugą stronę ulicy, tam gdzie obok szkoły podstawowej mieścił się punkt kontroli czasu, czy pozostać po tej stronie, gdzie jest. Jeśli przejdzie, to może Go nie zauważyć, bo On będzie szedł na pewno tamtą stroną ulicy. To przecież najkrótsza droga z Jego domu na targ. Nie. Nie przechodzę - pomyślała i przeszła przez skrzyżowanie nie zmieniając strony. Ta strona ulicy umożliwiała lepszy ogląd sytuacji.
Teraz nie szła szybko i nie szła wolno. Zapomniała o polowaniu. Krok zrobił się wolniejszy. Zatopiła się w rozmyślaniach. Prowadził Ją autopilot. Ciekawe Kto Nim był.
Doszła do kolejnego skrzyżowania, a właściwie do placu na którym stał dumnie miejski ratusz. Teraz albo pójdzie dalej, albo zawróci. Co ma zrobić? Zastanawiała się właśnie nad tym, a autopilot bezwiednie odwrócił Jej ciało w lewo i skierował Jej wzrok w stronę jakiegoś mężczyzny idącego w oddali po drugiej stronie ulicy. Wyostrzyła wzrok. To był On! Wpadła w chwilową panikę! Była gotowa do działania, lecz nie wiedziała, co robić! W tej chwili zawahania, Jej ciałem poruszył autopilot. Ruchem w prawo. Wróciła do kierunku w jakim szła uprzednio. Autopilot zadbał o to, by ruchy te wyglądały naturalnie. Nie zmieniając strony ulicy przeszła na pasach przyspieszając kroku, jakby przypomniała sobie nagle o czymś, co powinna zrobić, a idąc odwróciła głowę w prawo udając, że ogląda ratusz.
****
On doszedł do skrzyżowania. Skręcił w lewo. Teraz już kilkaset metrów i będzie na miejscu. Szybko idąc minął stojące po prawej cztery wysokie, długie, płaskie bloki wyglądające jak żyletki. Relikty PRLu. Uśmiechnął się, bo te relikty przeżyją współczesne badziewia. Minął punkt kontroli czasu autobusów MPK przy szkole podstawowej i przeszedł szybko po pasach przez skrzyżowanie. W niedalekiej odległości już dało się zauważyć ruch na tej stronie ulicy, która przylegała do targu. To była przecież ta godzina i ten dzień. Nie zwalniał tempa. Nie chciał się spóźnić na spotkanie z klientem. Każda minuta była ważna.
Szedł szybko. Minął kilka sklepów. Potem nocny lokal, do którego niekiedy zaglądał. Kolejne stare kamienice. Jeszcze minuta i po prawej naprzeciw targu widać było miejski ratusz. Po tej stronie ulicy, którą szedł, ludzi nie było zbyt wielu, a ci, którzy szli od strony targu, obładowani byli siatkami. Po drugiej stronie natomiast, tej stronie od ratusza, nie było nikogo. Z jednym wyjątkiem. Wolno. Jakby na czerwonym dywanie w Hollywood, szła blondynka. Ubrana na jasno w taki sposób, że nawet z daleka widać było doskonałe kształty Jej bioder. Szła wolno i prosto, lecz ... tak jakoś poruszała tymi biodrami, tak stawiała kroki, tak poruszała całym ciałem, że nie mógł oderwać od niej wzroku. W tym momencie Jego umysł przełączył tryb. Z trybu pracy, czyli walki o przetrwanie, przeszedł w tryb przedłużania gatunku. On oczywiście tego nie zauważył i dał ponieść się temu najbardziej pierwotnemu z instynktów.
Szedł dalej. Nie zwalniał tempa. Powoli przybliżał się do tego zjawiska, które szło drugą stroną ulicy. Szedł dalej, a im bliżej był tej dziewczyny w szarych leginsach i białej koszulce, tym większą ochotę miał, by tej obserwacji nie przerywać. Zwolnił kroku. Zakupy nie zając, nie uciekną.
Gdy zwolnił, Ona właśnie doszła do placu ratusza i stanęła, a potem wolno obróciła się w lewo i spojrzała na Niego, jakby słyszała Jego myśli i czuła na sobie Jego spojrzenie. Potem coś sobie chyba przypomniała, bo odwróciła się, przeszła przez ulicę i poszła dalej w tym samym kierunku, w którym szła wcześniej, lecz już szybszym krokiem. Wyglądało to tak, jakby przypomniała sobie, że to sobotni ranek z przeznaczeniem na zakupy, a nie spacer.
Stanął na tym samym skrzyżowaniu, lecz po drugiej stronie ulicy. Teraz mógł skręcić w lewo i iść na targ krótszą drogą, lub iść prosto, i wejść na plac targowy od tyłu. To byłaby dłuższa trasa, ale mógłby dłużej na nią patrzeć i tak właśnie zrobił. Nadłożył drogi tylko po to, by móc patrzyć na nią. Na to cudowne blond zjawisko, idące po drugiej stronie ulicy i patrzące na okazały ratusz.
****
Ona minęła ratusz i przeszła przez ulicę. Przechodząc udała, że rozgląda się na boki. Kątem oka zauważyła, że On nie wszedł na targ głównym wejściem, a poszedł prosto. Tak jakby za Nią. Była pewna, że za Nią. Mam Cię - pomyślała i uśmiechnęła do siebie. Szła nadal w tym samym kierunku, co wyglądało naturalnie. Idiotki z siebie na pewno nie robiła. Pilnowała, by kroki cały czas miały to samo tempo. Doszła do kolejnego skrzyżowania. Znów udała, że się rozgląda. On nadal szedł za Nią. Była pewna, że za Nią! Miała już plan. Wiedziała, gdzie chce Go zaprowadzić i gdzie osaczyć spojrzeniem. To miała być pułapka. Ona jest myśliwym, On zwierzyną, a bronią jest Jej ciało.
****
On idąc miał pół minuty na zastanowienie się, co teraz zrobić. Iść na zakupy, czy iść za nią. Tylko po co miałby to robić? Zastanawiał się teraz nie nad tym, czy iść za nią, czy na zakupy, ale dlaczego dopuszcza do siebie takie myśli. - Po co ci to człowieku! Ogarnij się i nie biegaj za jakąś laską jak małolat! - Tak myślał. Stanął. Nie starczyło czasu na dalsze myślenie. Doszedł już do tylnego wejścia na targ. Teraz czekała Go albo rezygnacja z zakupów i robienie z siebie idioty, albo realizacja planu dnia, a ... a jeśli to Ona - pomyślał. A jeśli to Ona i stracę szansę, by Ją poznać? To była doskonała wymówka. Szukanie drugiej połówki to był przecież priorytet życia.
Porzucił zakupy szybką decyzją, przeskoczył kilkoma krokami na drugą stronę ulicy i już szedł tym samym tempem co blondynka. Instynkty przejęły kontrolę nad umysłem.
****
Ona szła dalej tym samym tempem. Była pewna, gdzie idzie i co chce zrobić. Doszła do zakrętu w prawo, ale nie obróciła się, by sprawdzić, czy on nadal podąża za nią. To nie byłoby naturalne pomyślała. Zrobi za kolejnym rogiem.
****
On nie spuszczał jej z oczu. Starał się iść tak, by odległość między nimi była cały czas podobna. To miało wyglądać na przypadek. Nie chciał, by ona podejrzewała Go o to, że za nią idzie. Po prostu chciał zobaczyć jej twarz. Jej twarz i oczy. Czuł, że twarz i oczy powiedzą mu wszystko.
****
Ona szła tym samym, równym krokiem. Minęła ludzi i sklepy po prawej, a po lewej spory ruch na ulicy prowadzącej do dworca PKP. Nie była pewna, czy nie powinna się odwrócić i teraz doprowadzić do spotkania ich spojrzeń, ale powstrzymała się, bo gdyby nic z tego nie wyszło, wyszłaby na idiotkę, a to Jej nie odpowiadało. Tym razem inteligencja opanowała instynkt. Doszła do kolejnego rogu i dużym łukiem, niby omijając innych, skręciła w prawo. Podczas tego przemyślnego manewru miała dużo czasu, by zauważyć, że on idzie za Nią. Teraz czas na pułapkę. Uśmiechnęła się. Pułapka, broń i zwierzyna. Zastanawiała się, czy prawdziwe łowy uruchamiają podobne uczucie podniecenia.
****
On nadal szedł za cudowną blondynką. Nie miał czasu, by podziwiać jej kształty i sposób stawiania kroków. Zastanawiał się tylko nad tym, czy może to jest właśnie Ta Jedyna, której szuka całe życie i nic innego nie przychodziło Mu do głowy w tej chwili. Obserwował jak doszła do kolejnego rogu i ludzi, których ominęła długim łukiem, a podczas tego manewru na chwilę zobaczył jej twarz. Była cudownie piękna. Zwątpił przez chwilę w to, co robi. Tego się nie spodziewał. Ona nie ma nawet dwadzieścia lat - pomyślał.
****
Ona szła teraz pewna, że to jest polowanie na niego i że to polowanie na pewno się uda, bo plan był doskonały. Zwolniła krok, by mieć pewność, że on zobaczy, gdzie Ona skręca. Doszła do dużych stalowych i otwartych drzwi po prawej. Wchodząc do środka widziała go przez ułamek sekundy, więc i on musiał Ją widzieć. Weszła w korytarz budynku, obróciła się twarzą do ulicy i stanęła o metr od wejścia w lekkim rozkroku z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Miała teraz chwilę czasu, by przypomnieć sobie, jak zaplanowała to rozegrać. Najpierw czeka dwie sekundy, a gdy on stanie jak wryty w ziemię, bo Ją zobaczy, to po tych dwóch sekundach Ona dokona swojego cudownie zachęcającego ruchu głową, a gdy to nie zadziała, uśmiechnie się i podniesie brwi, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że czeka na jego reakcję.
Czekała spokojnie jak wytrawny myśliwy. Bez ruchu, pewna tego co robi. Pewna, bo gdy on będzie przechodził obok, musi Ją zobaczyć. Jakiś starszy, bardzo gruby mężczyzna przecisnął się z trudem obok Niej chcąc dostać się do punktu dorabiania kluczy. Nie poruszyła się nawet o centymetr. Stała przecież na straży swojej przyszłości.
****
On nadal szedł za nią. Prowadził Go instynkt. Widział jak weszła w te drzwi, gdzie w korytarzu mieścił się punkt dorabiania kluczy. Nie zgubi jej, tego był pewny, więc zwolnił krok. Zastanawiał się, co poczuje, gdy zobaczy jej oczy. Usiłował się skoncentrować. Wiedział doskonale, że jak dotąd podążał za biodrami blondynki, ale teraz, w kilka sekund, musiał wznieść się ponad ten fizjologiczny odruch, bo jeśli tego nie zrobi, będzie żałował tego, co może się zdarzyć. Zawsze w podobnych chwilach Jego zmysły pracowały jak niezawodna maszyna. Oczy zawężały spojrzenie tylko do tego co przed Nim, a ilość impulsów, którymi mózg badał rzeczywistość wzrastała kilkukrotnie. Czas jakby zwalniał, ale tylko dla Niego, dając Mu w ten sposób więcej możliwości reakcji. Znał to uczucie. Doskonale znał. Świadomie kontrolował teraz sytuację, a ta kontrola ostatecznie wyłączyła podświadome instynkty. Biodra blondynki i fizjologiczna potrzeba kopulacji przestały zakłócać świadomą kontrolę wydarzeń. Instynkty były opanowane. Będzie dobrze.
Teraz, gdy już czuł, że jest wolny od wpływu fizjologicznych impulsów, chciał zobaczyć jej oczy. Oczy zawsze mówią prawdę. To był cel na tę chwilę. Doszedł do otwartych drzwi wejściowych, a w drzwiach tych zobaczył cudownie piękną blondynkę. Tak piękną, że stanął na chwilę zadziwiony doskonałością tego obrazu. Stanął i spojrzał na nią od stóp do oczu. Zrobił to w około sekundę. W sekundę dla każdego, kto na to spojrzenie patrzył z boku, ale dla Niego było to od trzech do nawet pięciu sekund. Miała cudownie piękną twarz, a spośród skrzyżowanych na piersiach ramion wylewały się cudownie jędrne piersi. Skórę miała czystą, gładką i jasną jak dziecko, a nagi brzuch eksponował wcięcie w talii. To wcięcie w talii podkreślało biodra, a biodra wyglądały poprzez to wcięcie jak okrągła tarcza, do której należy strzelać celując w sam ich środek. Oszałamiające uczucie dla każdego zdrowego na ciele i umyśle mężczyzny. To była najpiękniejsza dziewczyna jaką dotąd w życiu widział. To na pewno. Spojrzał teraz w Jej oczy. Cudownie błękitne umieszczone harmonijnie wewnątrz tak pięknej twarzy, że trudno było oderwać wzrok. W tych oczach i w lekkim rozkroku nóg nie było jednak widać tego, czego szukał. Te oczy były obce, a w oczach tych nie było dojrzałej kobiety. To była może dwudziestolatka z drapieżnymi zamiarami. To było dokładnie to samo spojrzenie, które znał z nocnych lokali, gdzie podniecone alkoholem dziewczyny patrzyły na płeć przeciwną jak na łowną zwierzynę. To nie Ona - stwierdził i odszedł.
Odszedł, rozumiesz? Odszedł! Odszedł, a Ona stanęła jak wryta w ziemię zadziwiona własnymi uczuciami! Nie spodziewała się tego, że nie zdąży zareagować. Minęła przecież dopiero sekunda tego Jego pierwszego, badawczego spojrzenia! Miała przecież czas, by zareagować! Miała czas! Minęła przecież sekunda! Dopiero sekunda! Sekunda, a Ona stała teraz zadziwiona tym, co czuje. Zadziwiona sytuacją, zadziwiona sceną, zadziwiona tym, co przed chwilą się stało, a czego nie przewidziała. W żadnym ze scenariuszy, które rodziły się w Jej wyobraźni, w żadnym z tych scenariuszy on nie zachował się w ten sposób. W żadnym. W absolutnie żadnej konfiguracji wydarzeń nie przewidziała takiego rozwoju wypadków. Nigdy Jej coś takiego nie spotkało, ponieważ nigdy i nikt nie zignorował Jej w taki sposób. Zawsze te spojrzenia chłopców, chłopaków i mężczyzn były długie i uległe jakby byli ... średniowiecznymi rycerzami, gotowymi dla Niej umrzeć na jedno tylko skinienie Jej doskonałej w kształcie dłoni. Jedno skinienie i miała władzę nad każdym z nich. Zawsze. Zawsze tak było. A teraz? A on? To przeszło Jej wyobrażenia. To była klęska. Porażka. Wstyd. Przegrana bitwa. Przegrana sytuacja. Przegrane przyszłe życie! Przegrane co? ...
Jej wrodzona inteligencja zauważyła właśnie, jak sama w sobie tworzy teraz potok krzykliwych, histerycznych myśli po to, chyba po to, by podkreślić rozmiar wydarzenia, nie, nie wydarzenia, a klęski w której uczestniczyła. Te wariackie myśli uderzające o czaszkę od wewnątrz, były tworzone na siłę przez Nią samą! Pompowane, nadmuchiwane, wyolbrzymiane, wymuszane, tworzone w jakimś celu. W bezsensownym celu. Przecież tego nikt nie widzi! Wariatko! …
- Znów to robię - powiedziała półgłosem. Dobrze, że nikt nie słyszał - teraz pomyślała i opanowała emocje. Umiała to robić. Opanowywać się. Była w tym dobra, w przeciwnym wypadku nie byłaby tak doskonała w negocjacjach, ale te negocjacje tu i teraz to była klęska. Nie. To nie była klęska. To było zwykłe niepowodzenie. Nic nie znaczący dla Jej przyszłego życia błąd. Starała się to sobie na siłę wmówić i wiedziała, że z czasem tę wersję wydarzeń zaakceptuje.
Podniosła wzrok przed siebie. Zaczęło docierać do Niej, gdzie jest i co robi. Stała teraz przecież w lekkim rozkroku z piersiami na wierzchu na środku korytarza, który prowadził do biur i firm na piętrach. To był duży budynek o pięciu kondygnacjach, a Ona stała w jedynym wejściu. Dotarło już do Niej, że robi z siebie idiotkę. Chciała zmienić pozycję i ruszyć z tego miejsca, ale ciało jakby zrosło się w zastygłą bryłę. Przemogła się i zrobiła kilka kroków do przodu. Wyszła z korytarza na ulicę. Stanęła w tej samej pozie, co wcześniej i zaczęła na chłodno analizować sytuację.
Dlaczego odszedł? Co było przyczyną i czy była jakaś przyczyna? Czy ta przyczyna była w Niej czy w nim? Zagłębiła się w swoje wnętrze dając Mi w ten sposób do zrozumienia, że to pytanie skierowane jest do Mnie. To pytanie było precyzyjne i brzmiało: "dlaczego on nie zwrócił na mnie uwagi!", a Ja słysząc to pytanie odpowiedziałem Jej tym uczuciem, które on poczuł, gdy Ją zobaczył, a zobaczył desperatkę ubraną tak, by było widać wszystkie kształty Jej ciała - pomimo tego, że zakryte leginsami i koszulką, to jednak widoczne jak druga skóra. W ten sposób on widział Ją całą tak, jakby nie miała na sobie niczego, a to co widział budziło w nim tylko i wyłącznie fizjologiczną potrzebę kopulacji, co niestety nie było miłością. I w tej właśnie chwili dotarło do Niej, że to nie on, a Ona popełniła błąd. Błąd w założeniach własnego planu. Błąd w konstrukcji przestrzeni, którą zbudowała wokół siebie tym, jak wyglądała, a rzeczywiście wyglądała jak desperatka poszukująca kandydata na szybki numerek. Zrozumiała, że postąpiła tak, jak postępowała zawsze dotąd. Zrozumiała, że to Ona podąża za zaspokojeniem potrzeby fizjologicznej, a nie on.
I teraz, nagle przeszyło Ją kolejne olśnienie. Taki krótki prąd informacji przechodzący przez Jej czaszkę. Jak długa iskrząca się nić światła zawierającego skoncentrowaną informację. Zaczęła analizować, a następnie rozwijać tę nić skumulowanej wizji w obrazy i słowa, i zrozumiała, że Ten mężczyzna, którego szuka tak już długo, to nie będzie samiec, który porzuca swoje, własne cele i goni za Jej ciałem przez połowę miasta. To nie ma tak wyglądać. Zrozumiała też, że otrzymała dzisiaj lekcję od Tego, Kto Ją stworzył. Otrzymała konkretną informację. Informację o tym, czym ma przyciągnąć uwagę Tego, Kogo szuka. To ma być skromność i ukrycie kształtów ciała po to, by oddać to ciało w prezencie tylko Temu Jedynemu i nikomu innemu. Popatrzyła w górę niepewna, czy prawidłowo odczytuje Mój Głos w sobie, bo jak pogodzić tę skromność z chodzeniem na przykład po plaży w bikini? I wtedy zrozumiała, że tu nie chodzi o wygląd, lecz o intencję. Zrozumiała, że to intencja jest tym niewidzialnym światłem, które otacza kobietę, a które aktywuje w mężczyznach ich uczucia. I gdy to do Niej dotarło, gdy dotarła do Niej ta prawda, której nie zna większość ludzi zamieszkujących planetę ziemia, wiedziała już, gdzie szukać Tego Jedynego. Gdzie szukać Tego, na Kogo czeka całe życie. Zrozumiała, że to musi, dosłownie musi być Ktoś, Kto doskonale Ją zna. Kto zna Jej zalety, ale przede wszystkim te wady, których Ona nie zauważa w sobie i to nie będzie samiec alfa z pierwszych rzędów, ponieważ w pierwszych rzędach facetów szukających kobiet nie ma samców alfa! Oni są w drugim i trzecim, a może nawet w czwartym rzędzie tej widowni, która otacza Ją na codzień, a Ten, którego Ona szuka, obserwuje Ją z daleka. Obserwuje znając Jej wszystkie zwyczaje i wszystkie wady. Obserwuje i znając te wady zastanawia się, dlaczego wady te nie są dla Niego wadami, a urokiem podkreślającym Jej kobiecość.
Uniosła brwi do góry odczytując precyzyjnie kolejną nić informacji. Rozwijała ją teraz tak, jak komórka rozwija nić DNA. Rozwijała tę nić informacji nie tylko w obrazy i słowa, ale przede wszystkim w uczucia. To tak On o mnie myśli, nie mając nad tym, co czuje kontroli? Żadnej? Żadnej kontroli, władzy, panowania? To tak czują mężczyźni? I wtedy zrozumiała, że miłość nie rodzi się z popędów ciała. Zrozumiała, że miłość, ta prawdziwa, jedyna, to dar od Boga. Dar, który pozwala kochać przeciw każdej przeciwności losu niczego nie żądając w zamian, a który to dar otrzymujesz za nic. Niczego nie żądając? …
I teraz dotarło do Niej Kim On jest. Kim jest Ten, Kto odczytał tę Jej niewidzialną intencję. Kim jest Ten, Kto zauważył to Jej niewidzialne światło. Światło, którego nikt inny nie zauważył. Dotarło do Niej, że Ona Go zna i że jest to Ten, Którego Ona nigdy nie zauważa. Który rzadko z Nią rozmawia. Który patrzy na Nią z daleka, z trzeciego lub nawet czwartego rzędu tej codziennej widowni, a w oczach Którego da się zauważyć tę delikatną mgiełkę, tego nieuchwytnego czegoś, czego Ona całe życie szuka. Ta delikatna mgiełka jest w Jego oczach, tak, jest, ale to nie jest ta mgiełka, którą Ona zna z oczu rodziców i dziadków. To inna mgiełka. Której nie zna, a dla której określenia nie potrafi znaleźć teraz odpowiedniego słowa. Jak to nazwać? To coś w oczach Tego, Kto obserwuje Ją co dnia w pracy?
I zaczęła zastanawiać się, jak nazwać to uczucie, w tych oczach, które pamięta doskonale z ich codziennych spotkań. Zaczęła zagłębiać się w sobie pytając Mnie, czym jest to coś w Jego oczach, a Ja odpowiadając Jej na to pytanie wysłałem Jej kolejną świetlistą nić informacji nazywaną przez ludzi olśnieniem, a Ona w chwili tego rozjaśnienia umysłu poczuła, czym jest ta delikatna mgiełka. Poczuła doskonale. Ta mgiełka to były Jego myśli o Niej. O Jej sposobie ubierania się, który ze skromnością nie miał nic wspólnego. O Jej sposobie postępowania w szukaniu miłości, który doprowadził do tego, że nie potrafiła nawet policzyć, ile razy przespała się z kandydatami na Tego Jedynego, tłumacząc to sobie szczytnym celem poszukiwania miłości. Ta mgiełka to był ... smutek.
I wtedy dotarło do Niej, że ta opinia, którą Ona o sobie w sobie tworzy, nie jest prawdziwa. Dotarło do Niej, że to oszustwo. To taka jestem - pomyślała? Tak z zewnątrz wyglądam? Taką mam opinię? Tak Oni o mnie wszyscy myślą i właśnie dlatego tak mnie traktują? Znów popatrzyła w niebo, jakby poszukując pomocy Boga Ojca.
- Ale ja nie chcę taka być - prawie krzyknęła głosem niemym. - Chcę być inna, pomóż mi - powiedziała do siebie w myślach, a w wyobraźni mówiąc to patrzyła na twarz Tego mężczyzny, z którym pracowała i wyjeżdżała nie raz na służbowe wyjazdy. Na twarz Tego, Który znał wiele wydarzeń z Jej życia. Tego nocnego życia. Znał, bo widział te Jej szybkie spotkania w hotelach.
- I Ty nadal mnie kochasz? Taką jaką jestem? Dlaczego? Bo otrzymałeś dar? Od Boga? By mnie kochać? Już zawsze?
- I Ty nadal mnie kochasz? Taką jaką jestem? Dlaczego? Bo otrzymałeś dar? Od Boga? By mnie kochać? Już zawsze?
I gdy dotarło do Niej, że On nie ma wpływu na to co czuje, zrozumiała, że to Jego uczucie jest właśnie tą miłością, której Ona szuka. Szuka tak długo. Tak długo, bo całe życie. Zamknęła oczy i próbowała wyobrazić sobie, że patrzy na Jego twarz i próbuje odczytać Jego myśli. Podchodzi teraz do Niego. Bliżej. Jeszcze bliżej. Podchodzi, a On na to pozwala. Nie boi się Jej, a Ona dotyka Go delikatnie dłonią w policzek i prosi spojrzeniem. Prosi. Prosi spojrzeniem i mówi. Pokaż mi oczy – mówi spojrzeniem. Pokaż. Pokaż mi to, co w nich masz. Powiedz oczami, co o mnie myślisz. Powiedz.
I próbowała teraz przypomnieć sobie, co nie raz widziała w tych Jego oczach. Zamknęła swoje. Widzi teraz Jego twarz. Wyraźnie. Jakby był obok. A Jego oczy. Mówią. Tęsknią. Za Nią. Ale nie za Nią taką, jaką jest teraz, a za tą kobietą, którą Ona kiedyś będzie. Tęsknią za kobietą dojrzałą. Dojrzałą do miłości. Kobietą, z którą można porozmawiać, pójść na spacer, planować przyszłość. Przyszłość, która jest pewna. Jest pewna, bo Ona jako kobieta jest pewna. Jest pewna, bo nie ucieknie, jak zawsze uciekała. Po jednej nocy. Do kolejnego kogoś w kim szukała miłości i właśnie dlatego On nie zdecydował się spędzić z Nią tamtej nocy. Kiedyś. Teraz to sobie przypomniała. W tej chwili. Przypomniała sobie Jego spojrzenie, które było dla Niej jak otwarta książka. Przypomniała sobie jak kusiła Go swoim ciałem tamtego wieczoru. Kusiła, a On w oczach miał tylko jedną myśl. Jedną. Tylko jedną. Myśl, która brzmiała: - Ja nie chcę Ciebie na jedną noc dziewczyno! Ja chcę Ciebie na całe życie! A gdy tę Jego dawną myśl odczytała, łzy napłynęły Jej do oczu, bo zrozumiała jak bardzo On musiał cierpieć wtedy i za każdym razem, obserwując te Jej jednorazowe, fizjologiczne wyskoki. A gdy zrozumiała Jego cierpienia. Cierpienia wielokrotne. Cierpienia spowodowane Jej postępowaniem, poczuła, że pragnie, tak, poczuła, że pragnie Mu to wynagrodzić. Wynagrodzić tym, że nigdy już, nigdy On nie będzie musiał być smutny. Nie będzie, bo od teraz Ona stanie się Jego szczęściem i gdy poczuła, że właśnie tego chce, że taka chce być, że to właśnie chce teraz robić, że chce oddać swoje życie właśnie Jemu. Temu, Który widzi Jej światło. To światło, którego nikt inny nie zauważa. I gdy poczuła, że takie życie da Jej największe możliwe szczęście, to w tej właśnie chwili pojawiła się w Jej oczach dokładnie ta mgiełka, której całe życie szukała, a gdy zrozumiała, czym mgiełka ta jest, gdy zrozumiała, że właśnie w tej chwili wzniosła się ponad fizjologiczne instynkty, które nagle straciły swoją moc. Otóż w tej właśnie chwili zaczęła planować nową strategię. Strategię delikatnych słów. Strategię delikatnych gestów i spojrzeń. Strategię zbliżenia się do Tego mężczyzny, który widząc Jej intencję i Jej światło, na pewno zauważy w Jej oczach tę mgiełkę. Który patrząc w Jej oczy na pewno zauważy i na pewno odczyta w Jej oczach to, co w języku uczuć jest wartością najwyższą. Wartością, której szukają wszyscy, a którą znajdują tylko nieliczni. Wartością, którą Ten, Który Jest Światłem, nazwał ... miłością.
Buy Coffee